Oxalis – poszukiwany i niechciany

   Oxalis versicolor czyli szczawik różnobarwny. Zwany również dostojnie Oxalis "Grand Duchess" lub też mniej dwornie Oxalis "Candy Cane". To ostatnie to za sprawą podobieństwa do bożonarodzeniowych, biało-czerwonych lizaków w kształcie pasterskich lasek. Tradycja ich wytwarzania sięga roku 1670, kiedy to w Kolonii (Niemcy) pewien chórmistrz postanowił czymś zająć dzieci przychodzące z rodzicami do kościoła aby zobaczyć Szopkę Betlejemską, a które nie zawsze zachowywały się cicho i przykładnie. Zamówił więc dla nich u miejscowego cukiernika lizaki, które poza tym, że były słodkie i zaklejające buzie, miały też swoim kształtem przypominać pasterzy odwiedzających nowo narodzonego Jezusa. Użyty biały kolor miał oddawać wiarę w bezgrzeszne jego życie. Zwyczaj wręczania Candy Cane sobie nawzajem i już nie tylko dzieciom, bardzo szybko rozpowszechnił się w całej Europie i trafił też do Stanów Zjednoczonych. Tam też przyjęło się, że kształt laski jak J jest też uczczeniem imienia Jezus. Tradycja przetrwała i trudno chyba sobie wyobrazić dzisiaj święta Bożego Narodzenia w kulturze zachodniej bez tego słodkiego atrybutu wieszanego na choinkach. Wytwarzane tradycyjnie są o smaku mięty pieprzowej, która niczym ziele hyzopu ma też symbolizować oczyszczenie Biblii. Czasami dodawana do smaku jest też strzęślowa (wintergreen), substancja otrzymywana z uprawianej i u nas golterii rozesłanej (Gaultheria procumbens), krzewinki zimozielonej o czerwonych kulistych owocach. Kartka promocyjna przedstawiająca chłopca patrzącego na wystawę z Candy Cane pochodzi z końca XIX wieku i jest autorstwa Williama B. Steenberge'a (New York, USA).
Jak gdyby też przez konotacje do powyższego, ostatnie lata przyniosły bożonarodzeniową modę na szczawika różnobarwnego, podobnie jak ma to miejsce z wilczomleczem nadobnym, zwanym tez poinsecją lub Gwiazdą Betlejemską. Choć nie jest to naturalny czas jego kwitnienia, to przez odpowiednio dobrany czas sadzenia cebul, też w warunkach domowych, można cieszyć się w czas świąteczny tymi niespotykanej urody kwiatami niczym samymi Candy Cane. A zachwycają najbardziej już w pąkach, kiedy to widać najpełniej spektakularny kontrast koloru białego i czerwonego. Otwarte sprawiają z daleka wrażenie białych, przy bliższym poznaniu zauważa się żółte dno i czerwony obrys na stronie spodniej płatków. Kielichy pozostają mocno wywinięte w ciągu dnia i zamknięte w nocy, jak i to ma w zwyczaju cały rodzaj szczawików. Kwiaty proporcjonalne do wielkości całej rośliny, po kilka na dwudziestocentymetrowych pędach, pojawiają się od lipca po październik i listopad. Liście jasnozielone, lancetowate, drobne, w dużej ilości wypełniające pokrój. Roślina po całkowitym przekwitnięciu, gubi część zieloną i przechodzi w stan uśpienia. W okresie wegetacji wymaga gleb wilgotnych, dobrze sprawuje się w pełnym słońcu jak i na wystawie wschodniej lub zachodniej. Mrozoodporność szacowana jest na USDA 7a czyli do -17.8 °C. W klimacie Polskim zalecana uprawa w pojemnikach lub wykopywanie cebul jesienią.  W środowisku naturalnym coraz rzadszy do spotkania, tylko na ograniczonej ilości stanowisk w Prowincji Przylądkowej Zachodniej, terytorium w Afryce Południowej. Tam też został odkryty pod koniec XVII wieku przez Leonarda Plukeneta (1641-1706), angielskiego profesora botaniki i królewskiego ogrodnika. Sporządzone przez niego rysunki i opisy,między innymi i tego szczawika, trafiły do holenderskiego botanika Johannesa Burmana (1707-1780), który w 1738 roku przekazał je Karolowi Linneuszowi, najznamienitszemu z ówczesnych botaników. Ten wprowadził gatunek na stałe do taksonomi w roku 1753 i stąd też przy nazwie Oxalis versicolor po dzień dzisiejszy widnieje tenże rok i litera L.
   Moje doświadczenia w uprawie póki co nie napawają zbytnim entuzjazmem – z pięciu cebul posadzonych zimą, we wrześniu tylko jedna wydała pęd z kilkoma kwiatami. Po sprawdzeniu w listopadzie okazało się, że pozostałe cebule przetrwały, a kwitnąca wydała na świat 5 cebul przybyszowych. Miejmy nadzieję, że przyszłego lata będzie to już całkiem liczna Family Candy Cane, z mnóstwem bajecznych kwiatów. Zdjęcie jednego z nielicznych w moim ogrodzie...


 Oxalis carnosa (forma kaudex) w moim ogrodzie ...

   Oxalis corniculata jako gatunek posiada zielone liście, a często spotykana jego forma uprawna Varia atropurpurea to liście purpurowe. Nasza nazwa rodzima szczawik rożkowaty jest bliska łacińskiemu oryginałowi, gdzie corniculata dokładnie znaczy małe rogi, bo tak wyglądają sterczące torebki nasienne tego szczawika. Podobnie, a nawet bardziej opisowo, jest w języku niemieckim – Hornfrüchtiger Sauerklee, czyli Szczaw zwyczajny rogaty o smaku owocowym. Synonimy angielskie tej "rogatości" jakby się nie dostrzegają i tak Creeping Woodsorrel to Szczaw leśny pełzający (skradający się, pnący), Procumbent Yellow-sorrel znaczy Szczaw żółty rozesłany i Sleeping Beauty z baśniową konotacją do Śpiącej Królewny.
    Anglicy wyróżniają samą var. atropurpurea nazwami: Creeping Purple Lady's Sorrel czyli Pnący szczaw Purpurowej Pani lub mniej wyszukanie Oxalis corniculata "Rubra". Samo pochodzenie formy purpurowej dość trudno określić dokładne, przyjmuje się, że jest to Stary Kontynent, a ciepłolubność rośliny wskazywałaby na kraje śródziemnomorskie. W naszych warunkach var. atropurpurea nie zimuje w gruncie, jak i też wymarza większość nasion, stąd i utrzymanie go w ryzach łatwiejsze. Za to sam gatunek ma się dobrze gdziekolwiek by się nie pojawił. Rozprzestrzenił się pod wszystkimi szerokościami geograficznymi, z wyjątkiem tylko tych podbiegunowych – stał się kosmopolitą, światowcem i obywatelem świata. Ta eksplozja występowania jest jak najbardziej dosłowna, pękające torebki nasienne są w stanie wyrzucać nasiona na znaczną odległość. Potrafi mnożyć się przez wysiew jako roślina jednoroczna. Jak bylina rozrastać poprzez podziemne rozłogi, ukorzeniać w węzłach pnących pędów i odrastać z ich fragmentów. Powiedzenie o nim, że jest inwazyjny to zdecydowanie za mało, niepowstrzymywany potrafi zdominować ogród zupełnie jak ten były trawnik widoczny na zdjęciach poniżej. A wszystko to, bo potrafi czarować pięknem liści i kwiatów. Kiedy pojawia się po raz pierwszy w ogrodzie, rzadko kto traktuje go jak niechcianego gościa i zazwyczaj pozwala na pozostanie. Małe to takie i urocze, no jak może zagrażać? Kiedy zdajemy sobie sprawę, że jednak może – to już mamy i pozamiatane. Nie da się całkowicie wyrugować go z ogrodu i nieważne jak bardzo będziemy staranni przy pieleniu rabat. Nie warto walczyć z nim też chemicznie, bo i niezdrowe to dla nas jak i innych mieszkańców ogrodu, a i taki glifosat (roundup i podobne) z nasionami i tak sobie rady nie da. Moim zdaniem pozostaje polubić tego ancymona i ziółko prawdziwe, a i znaleźć dla niego zastosowanie w kuchni jak czynili to Indianie i marynarze, o czym to piszę na pierwszej stronie tej historii. Liście są jadalne, o ciekawym posmaku cytryny, można je dodawać do sałatek jak i herbatek owocowych. Nie znaczy to też, że polecam uprawę gatunku. Bardziej chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że pojęcie "chwast" jest umowne, bardzo subiektywne i nijak ma się do ekologii. Znaczna większość tych niechcianych w naszych ogrodach posiada ponadprzeciętne właściwości medyczne i od wieków pomagała nam ludziom. Świat bez pokrzyw, ostów, mniszka lekarskiego i tego naszego szczawika nie byłby doskonalszy tylko uboższy. Zanim ruszymy na niego z widłami i opryskiem, zastanówmy się może chwilę nad tym.
   Nasz szczawik rożkowaty, ze względu na w/w antypatię, podobnie jak ludzi równie źle znosi upalne lata i zdecydowanie bardziej komfortowo czuje się na ocienionych, wilgotnych stanowiskach. W pełnym słońcu szybko przekwita i szybko też się wysiewa. Gatunek ma liście lekko odgięte, u var. atropurpurea są gładkie i płaskie, u obu zwijają się w procesie fotoinhibicji. Kwitnie od maja do września, ale proszę zwrócić uwagę na zdjęcia – jest koniec listopada, a gdzieniegdzie widać pąki gotowe zakwitnąć jeśli tylko przyjdą jeszcze słoneczne dni. Widoczne jest też czerwonawe wybarwienie nie których liści, które jest efektem niskich temperatur - listopadowe zdjęcie
Oxalis corniculata w (nie) moim ogrodzie...

Kwiaty pięciopłatkowe, jasnożółte, o średnicy 5 mm wyrastają z kątów liściowych. Widoczne tu również wspomniane rogate i omszone torebki nasienne. Zdjęcie z sierpnia, ale czas kwitnienia Oxalis corniculata rozciąga się od maja aż po listopad...
   
   Natomiast zainteresowanie szczawikami i cieszenie się ich widokiem może trwać jeszcze dłużej. Wystarczy odpowiednio dobrana pora sadzenia i miejsce na parapecie, a będą prezentować się okazale również od późnej jesieni po wczesną wiosnę. Tak też może być wykorzystana jedna partia cebul lub bulw danego gatunku czy odmiany, kiedy druga będzie będzie odpoczywać zimą i posłuży wiosną do tradycyjnych rabatowych lub pojemnikowych nasadzeń. Trudno o drugi taki rodzaj roślin, który tak chętnie dostosowuje się do naszych upodobań, pozostając przy tym łatwym i wdzięcznym w uprawie.
 

  • Marek Moch

    Szczawik różkowaty ... . Gdybyż jeszcze wszędzie siał się w ogrodzie nasz Oxalis acetosella, to nie miałbym nic przeciwko, ale ten przybysz wyjątkowo mnie irytuje. Choć polskie, rodzime "chwasty" bardzo lubię! Pewnie dlatego, że jest obcy i ekspansywny. Ale to prawda - niszczyć chemicznie, to niezbyt dobry pomysł, pielić ręcznie ooo to niekończąca się robota, wiem coś o tym, więc chyba zostaje pogodzić się i pożreć go :). Nie wiedziałem, że jest jadalny! Teraz wiem co robić :)

  • Piotr Szustakiewicz

    Na pewno szczawik rożkowaty jest uciążliwy zwłaszcza na skalniakach, trawnikach jak we wspomnianym przeze mnie przykładzie i wszędzie tam gdzie główne nasadzenia roślin są podobne mu wielkością czy pokrojem. Wśród wyższych już jest bardziej znośny i przy okazji pielenia rabat z chwastów można usuwać i jego ograniczając tym samy rozrastanie. Pamiętać tu tylko należy aby nie dawać go na kompost, bo nasiona potrafią przetrwać w każdych warunkach. Czy można go wykorzystać w jakimś założeniu ogrodniczym ? Myślę, że tak. Na przykład na wszelkiego rodzaju skarpach i wszędzie tam gdzie nic innego nie chce rosnąć, a chcemy mieć zieloną zadarnioną powierzchnię. Tym bardziej się nada jeśli takie miejsca są oddalone od tych uprawnych i nie będzie ryzyka przenoszenia się tam nasion. Takie miejsce może też być doskonały poletkiem pozyskiwania szczawika na potrzeby kuchni, jeśli już w nim zasmakujemy :).
    Pozdrawiam

  • Marek Moch

    No właśnie to sprawdzałem w ostatnią niedzielę ;) Całkiem smaczny!, a był to okaz z już dość dużymi liśćmi, czyli nie najmłodszy. Pomijając zaś kwestie kulinarne, całkiem szczerze wolałbym darń ze szczawika zajęczego- bo rodzimy, ale cóż robić, różkowaty na zawsze już pozostanie częścią naszej flory. Nie jest też aż tak duży, aby zagłuszać inne rośliny jak to robi np. rdestowiec czy nawłoć. Ręcznie się go nie wypieli, zaś walka chemią ... to jednak nie dla mnie. Zresztą i to nie działa, to twardy zawodnik:)

Dodaj komentarz