Rozmowy o różach


Marek Moch: Witam. Chciałbym zapytać jeszcze o dwie sprawy. Pisze Pan, że dębina może iść pod krzewy, celem napowietrzenia, i pod jeden krzew dać wiązkę o długości i średnicy 30 cm. Ale jak ma to wyglądać? W dołek dać tę dębinę na dno, potem zasypać ziemią (jak grubo?) i na to sadzić różę? Czy z boków też dawać te wiązki, szczepki dębiny? Poza tym, z mojego Jacquesa Cartiera, który jest jeszcze w doniczce, odbiła chyba podkładka, bo miejsce szczepienia jest obecnie nad ziemią, a z ziemi, kilka centymetrów w bok od krzewu, wybiły 2 małe gałązki różane, które zresztą obciąłem :). Czy takie odbijanie ma miejsce często, również po posadzeniu? Ja nie czekałem aż one się rozwiną, ale pewnie (tak myślę) już w warunkach gruntowych można poznać po innym pokroju liści że to dziczka (?)- i wtedy tniemy równo z gruntem ?. Z góry dziękuję za odpowiedź. Hmm, mamy tutaj kompendium jak sadzić i dbać nie tylko o Ispahany :).
(Październik 2, 2015')

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Pisząc o wiązce chciałem zobrazować ile tego materiału ma być. Róże nie wymagają specjalnie przygotowanego drenażu i umiejscawianie drewna na dnie stanowiska nie jest im przydatne. Powinno ono być rozmieszczone w całej glebie wokół karpy, korzenie rozrastając się będą je powoli zagospodarowywać, podobnie jak i składniki potrzebne do wzrostu. Tu jeszcze dodam, że nawożenie przez pierwsze dwa lata zaraz po posadzeniu, może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego. Dostarczenie korzeniom pokarmu na miejsce sprawi, że nie nie będą musiały go sobie szukać czyli tym samym rozrastać się. Korzenie są tutaj fundamentem na którym buduje się pokrój krzewu. Róże pnące i krzewiaste (parkowe) potrzebują lat pięć, aby taki dorosły i w pełni funkcjonujący system korzeniowy wykształcić i dopiero po takim czasie można od róży wymagać właściwych rozmiarów. Pojawiające się boczne pędy podkładki czyli tzw. "wilki" są dość częstym zjawiskiem. Zależy to w pewnym stopniu od samej podkładki i tak np. u Rosa canina zdarza się to dość często, a już u Rosa canina "Schmidt's Ideal" (szlachetniejsza odmiana) prawie wcale. W doniczce należy je wyciąć jak najbliżej pnia podkładki, a przy ukorzenionych krzewach usuwamy je przez ukręcenie lub maksymalne skręcenie i szarpnięcie w bok. Przycinanie tutaj pobudza/powoduje przyrastanie dzikich pędów i stąd ta potrzeba przeprowadzenia takiego dość brutalnego zabiegu. Przy młodszych różach (dwuletnich) postępujemy oczywiście delikatniej, aby nie wyrwać całego krzewu. Usuwamy "wilki" tak jak Pan się trafnie domyślił, jak tylko potwierdzimy sobie przez porównanie liści, że to nie jest pęd odmiany właściwej. Pyta Pan o bardzo interesujące sprawy dotyczące uprawy, które nie zawsze są takie oczywiste, a warte wspomnienia. Odnoszą się do "Ispahan", ale też pozostają jak najbardziej właściwymi dla innych odmian i grup róż.
Pozdrawiam
(Październik 3, 2015)

Marek Moch : Witam. Ad. gałązki, drenaż, napowietrzenie gleby. Teraz rozumiem. Dla mnie to cenna część wpisu, także przez fakt połączenia z kwestią nawożenia i rozwoju korzeni. Rośliny młode nawozimy mniej, aby same szukały pożywienia i lepiej się korzeniły. Przyznam się, że gdy przygotowywałem glebę pod Ispahany, korciło mnie, aby dać trochę więcej obornika, widzę że zrobiłem dobrze ograniczając się. Ad. „wilki”. Tu też mam już jasność jak postępować. Dziękuję za miłe słowa w przedostatnim zdaniu. Hmm zajmuję się hobbystycznie ogrodami od dobrych kilku lat. Czytam, myślę :), przyglądam się wynikom. Na pewno popełniałem błędy, które potem się mściły. Dodatkowe koszty, praca, czas, niezadowolenie, słabe efekty itd. Z perspektywy uważam, trzeba pamiętać o trzech kwestiach, choć nie jest to łatwe :) :). Po pierwsze nie jesteśmy naturą, nie mamy jej siły, potęgi, formatu i rozmachu. Nasze ogrody są czymś mimo wszystko „sztucznym” – zresztą rośliny które sadzimy też nie są w 100% „czystą” naturą, gdyby były to pewnie nie za bardzo też moglibyśmy je zmieścić. Jeśli w naturze rośliny przerastają się, walczą i konkurują, to zarówno ta walka, jak i efekt wygląda z reguły ciekawie tzn. moim zdaniem, ale też nie każdy ma takie „smaki” jak ja :) :), ale w ogrodach już tak nie będzie. Po drugie i trzecie rośliny wymagają zapewnienia warunków jakich potrzebują – dokładnie takich, nie trochę takich, nie zbliżonych, tylko dokładnie takich i na koniec oddechu. Dlatego mija się z celem droga na skróty, albo samooszukiwanie się w rodzaju: radzą coś, ale może u mnie będzie inaczej, trzeba by się namęczyć z glebą, stanowisko nie pasuje, ale może jednak będzie ok.
Podobnie jest np. z gęstością sadzenia. Ja kupując róże też miałem z tym problem. Pierwszy pomysł to róże po obu stronach furtki. Chciałem tam wsadzić jeszcze Kazanliki albo Kawkasskaja (po jednej z każdej strony). Uznałem, z bólami :), że to za dużo. Po pierwsze nie będzie efektu, ale też obawiałem się konkurencji. Gdy do niej dochodzi, trwa walka. Ktoś wygra, czyli ktoś przegra, ale poza tym ten co wygra też będzie „poobijany” przez tego, co przegrał. W naturze tego tak mocno nie widać, ale w ogrodzie tak. Gdy wymyśliłem sobie, że poza Ispahanami przy furtce, w innym miejscu stworzę grupę róż, też musiałem się pilnować, bo może jeszcze coś dokupić, może jeszcze to czy tamto wkomponować, jest takie piękne… etc., ale przecież miejsce pod nie, nie jest z gumy :). Wybory, a potem trzymanie się w karbach, było bolesne proszę wierzyć.. LOL, choć przecież to nie jest mój początek ogrodowej przyrody (nowością są róże) i mam już swoje doświadczenia, też te złe. Wiem czego nie wolno, ale pokusy i tak były i są. I tak dobrze że wybierając pamiętałem, aby część odmian była mniejsza. Celem moim (w tym drugim miejscu) jest zwarta grupa starych odmian róż, chcę aby w znacznym stopniu zasłoniły glebę pod nimi, trochę się przeplatały, stworzyły efekt jednego krzewu – to jest akurat sprawa gustu, ale gust gustem, ale zwartość musi mieć swoje granice!
Perspektywicznie chcę, aby one się połączyły, ale nie może być ścisku! Trzeba po prostu zachować odstępy, które pozwolą im się rozwinąć, rozwijać, żyć, rosnąć. I nie chodzi mi tylko o gorszy efekt wizualny, gdybym to zlekceważył, ale przede wszystkim o to, że gdy warunki pogorszę, to żadna z nich nie będzie zdrowa, a więc piękna. Trzeba po prostu pamiętać, nic na siłę, nie zmusimy rośliny do zmiany ich wymagań czy natury, chyba że wsadzimy plastikowe, wtedy możemy szaleć, ale przecież nie o to chodzi :). Stąd dopytywałem Pana, o Pana pogląd i wskazówki w tej kwestii, w kwestii rozstawu, jak to dokładnie określić, jak zmierzyć. Oddech. Jeśli gleba i stanowisko (w tym rozumiem zarówno rozstaw, jak i też ilość wody, a to się wiąże ze stanowiskiem) jest dobre, wtedy moim skromnym zdaniem nie należy przesadzać z opieką. Niech pokażą co potrafią, na co je stać. Wtedy dajmy im trochę oddechu. Ale dopiero wtedy. Jeśli baza będzie w porządku, tak się stanie. Ale jeśli poddamy się, mówiąc kolokwialnie, chciejstwu na starcie, to nic nam nie wyjdzie. Uff rozgadałem się :). Dziękuję raz jeszcze za poświęcony mi czas, za Bardzo Cenne rady i informacje. Widać od razu, że Pana wiedza nie pochodzi tylko z książek (nie żebym deprecjonował wiedzę książkową, ale to nie wszystko), ale też z doświadczeń i przemyśleń.
Pozdrawiam
(Październik 4, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Ja w kwestii rozstawu sadzenia róż w moim ogrodzie jestem nieugięty :) i też to wyliczenie, szerokość pierwszego krzewu + szerokość drugiego i suma podzielona przez dwa, nie jest mojego 'wynalazku'. Pochodzi od amerykańskich rosarian, m. in. pana Breda C. Dickersona z którym swego czasu miałem przyjemność korespondować, starając się oznaczyć poprawnie moją "Sydonie" (Bourbon/Portland, Dorisy, 1846).
To wyliczenie wydaje się na wyrost tylko w pierwszych latach uprawy oraz tam gdzie róże są po prostu zaniedbane i kiepsko rosną. Proszę popatrzeć na te dwie moje róże – "Ritausma" (Hybrid Rugosa, Rieksta, 1963)...

Krzew ośmioletni to rozpiętość ponad 3 metry i czy można wyobrazić sobie przy niej inny krzew w odległości mniejszej niż 1.5 m? I podobnie "Benjamin Britten" (Shrub, Austin, 2001) – u mnie to blisko 2 metry średnicy (Austin podaje wprawdzie tylko 1 m). Widoczny z prawej i następnym zdjęciu przed, "The Alnwick® Rose" (Shrub, Austin, 2001) , szerokość wg hodowcy = 1 m, został posadzony w odległości 1.2 m czyli 0.2 m dalej niż to wynikało z wyliczenia. Ten wprawdzie rośnie słabiej, ale już widać, że ta odległość między dwoma krzewami była dobrana jak najbardziej zasadnie...

W moim ogrodzie miejsce wolne na rabatach pomiędzy różami historycznymi o pokroju krzewiastym/parkowym wypełniają wiosną tulipany, które pojawiają się od początku kwietnia do końca maja czyli przez dość długi okres i też taki kiedy nie kwitną same róże. Podobnie można zaprowadzić inne cebulowe czy też kwitnące później byliny o pokroju bodziszków i lawendy, czy też zioła w postaci mięt, melisy lub oregano. Nasadzenia powinny uwzględniać w klimacie Polski potrzebę kopcowania róż, tj. nie mogą być sadzone w bezpośredniej bliskości krzewów, gdzie ziemia zimą będzie częściowo wybierana do tej właśnie czynności.
Moim zdaniem jedyne z nasadzeń różanych, które by można obronić w bezpośredniej bliskości krzewów, to róże okrywowe o wzroście w granicach 0.8 m. Tak też osiągniemy efekt pełnego wypełnienia rabaty bez większego konfliktu pędów i pokroju. U nas róże okrywowe myli się z różami miniaturowymi ze względu na podobieństwo w wielkości kwiatów. To dwie różne grupy i przy wyborze właściwej odmiany do takiego obsadzania okrywającego należy się kierować terminologią angielską/amerykańską, gdzie jest przeznaczenie to podkreślone czyli Ground Cover i Miniature Rose. Podstawowa różnica pomiędzy powyższymi, przydatna przy omawianym założeniu, to mocne/szerokie rozrastanie się róż okrywowych na własnych korzeniach, kiedy miniaturowe są przypisane do podkładki czy też kilku pędów własnych.
Co do naszej dbałości o róże to przytoczę tu pewną historię z moim udziałem. Zdarzyło mi się kiedyś rozmawiać z angielskim ogrodnikiem, pasjonatem róż i ten był bardzo zdziwiony, kiedy powiedziałem, że też uprawiam róże – w tym mieszańce herbatnie, pnące i angielskie – w ogrodzie w Polsce, na Mazowszu, gdzie zimą temperatury potrafią spadać do minus 30 °C. Opowiedziałem o zbieraniu słomy i gromadzeniu gałęzi świerkowych, kocy, agrowłókniny i pudeł kartonowych. O kopcowaniu, robieniu stroiszy, chochołów i mat. Wtedy dopiero jego niedowierzanie minęło, zrozumiał i powiedział, że bardzo muszę lubić róże skoro je uprawiam w tak niesprzyjających warunkach.  I tak to jest, w naszym klimacie uprawa róż nie jest taką oczywistością jakby się wydawało. Polska nie jest idealnym dla nich miejscem. Róże uprawiamy dlatego, że bardzo je lubimy.
Podobnie też jest z cięciem róż, które musimy im zapewnić zwłaszcza w pierwszych latach. To też warunkuje właściwy i zdrowy pokrój krzewów. Co do ogólnie pojętej ochrony fitosanitarnej, to tutaj możemy pozostawić ekologicznie krzewy samym sobie i sam do tego się skłaniam od kilku lat, a i gorąco namawiam wszystkich. Na początku mojego zajmowania się różami, mszyce spędzały mi sen z powiek, teraz - nie tyle ich nie zauważam, co zaprowadzam biedronki w ogrodzie i błonkówki, które z roku na rok coraz lepiej sobie z tym problemem same radzą. Bezopryskowe ogrody to takie coraz częściej spotykane, w tym coraz mniej czystym świecie. Trudno mi już pogodzić zapach kwiatów i chemii. Warto też zapomnieć o pestycydach i nie biegać z opryskiwaczem do każdego mniszka, który nam się na rabacie objawi. Jeśli już pojawi się prawdziwa plaga szkodników czy też choroby liści, to idźmy po ratunek do tego co rośnie w ogrodzie począwszy od skrzypu po pokrzywy. Sporządzenie z nich wywarów i innych mikstur przy mnogości publikacji dostępnych w internecie nie jest sprawa naprawdę trudną, może tylko trochę pracochłonną. Pomyślmy też o tym, że róże były równie piękne, choćby te na akwarelach i rysunkach Redouté, w czasach kiedy chemii ogrodniczej nie znano.
Aspektów uprawy tego rodzaju roślin, który jak żaden inny potrzebuje opieki człowieka, jest bardzo wiele. Jest też tak, jak Pan wspomina i ma rację, że należy dać im czas i nie śpieszyć w dążeniu do jak najszybszego wzrostu i efektu w ogrodzie. Ogrodnictwo generalnie uczy cierpliwości, której sobie przy różach życzmy jak najbardziej :).
Oczywiście, nie każdy dysponuje ilością czasu, która jest tu bezwzględnie wymagana do powyżej wymienionych przedsięwzięć, czy też brak mu zacięcia i chęci do zgłębiania wiedzy ogrodniczej. Dla tych wszystkich jest też rada i ich wyborem mogą być róże naturalne, zwane również dziki (Wild roses), które można pozostawić prawie zupełnie samym sobie.
Dziękuję bardzo za podzieleniem się bardzo ciekawymi przemyśleniami i życzę powodzenia w uprawie róż historycznych. Proszę też o kolejne relacje (może w formie też zdjęć) z tego jak wspaniale rosną – a czego i jestem pewien przy Pana wiedzy, pasji i pracy.
Pozdrawiam
(Październik 6, 2015)

Marek Moch: No więc stało się, róże zostały posadzone :). Brak tylko Charles'a de Mills'a który przyjedzie, w wersji z gołym korzeniem, po 15.10.15... Bardzo chciałem go mieć. W tym roku czeka mnie jeszcze pierwsze w życiu kopczykowanie, co prawda te które mam tzn. dwa Ispahany oraz Blanche Moreau, Charles de Mills, Comte de Chambord, Rose de Resht i Felicite Parmentier mają być odporne na mróz a wielkopolskie zimy nie należą do najsroższych, ale moje róże to jeszcze dzieciaczki ;). Poza tym Ispahany rosną przy ulicy, gdzie z natury jest bardziej wietrznie. A więc, aby na samym początku mej przygody z różami, mróz i (po)zimowe susze nie spłatały mi przykrej niespodzianki ... będzie kopczykowanie. Pozostałe mają bardziej zaciszne miejsce, ale i one dostaną kopczyki. W pierwotnych planach, w tym właśnie drugim bardziej zacisznym miejscu, miały być jeszcze Jacques Cartier i Fantin Latour, ale przekonały mnie Pana argumenty i przemierzywszy wszystko dokładnie, tak jak Pan zalecał, uznałem że byłoby zbyt ciasno, zwłaszcza dla Fantina. Jacques i Fantin trafiły zatem w inne, dobre ręce. Ciekawe jak to się wszystko rozwinie :).
Charles de Mills. Mam zamiar ją posadzić w październiku 2015r. Będzie centralnym elementem grupy kilku róż. Galijka. O pięknych kwiatach. I mocnym zapachu, którego jednak (jak przeczytałem w internecie) niektórzy ludzie nie wyczuwają... Na stronie M. Sołtysa jeden z internautów bardzo ją chwalił. Stara dobra odmiana, to jego słowa. A właścicielka Balkonu Pełnego Róż napisała o niej: Stara, bardzo poetycka róża. Już się na nią cieszę :).
Blanche Moreau wybrałem nie tylko dlatego, że ma piękne kwiaty i i jest wysmukła, nie tylko dlatego że chciałem mieć choć jedną różę mchową, ale również dlatego że kojarzy mi się z Jeanne Moreau, do której zawsze miałem słabość. Jej pokrój niektórym co prawda nie przypada do gustu ;), podobno też w naszym klimacie, podczas deszczowych dni, jej kwiaty łatwo się mumifikują, a sama Blanche łapie choroby... Nie miało to znaczenia, musiałem ją mieć i mam :). Liczę, że dobrze przygotowana gleba, dobre stanowisko i mój zachwyt zdziałają cuda. Posadzona w początkach października 2015r. Zobaczymy co pokaże ta francuska ślicznotka...
Część róż (Ispahany) mam wyściółkowane drobnym keramzytem. Reszta, posadzona w grupie w październiku 2015r., co najmniej do 2016r. pozostanie bez żadnej ściółki, bez niczego. Zobaczę, jak będzie wyglądała sprawa chwastów.. Zastanawiam się nad korą, zrębkami lub keramzytem. Co Pan o tym sądzi? Przekompostowana kora (pewnie też zrębki, przekompostowane) nie powinna zaszkodzić. Myślę też o keramzycie, ale wiem od Pana, że może zmieniać odczyn w kierunku zasadowego, stąd np. nie umieszczałem go w ziemi pod różami, lecz do napowietrzenia gleby użyłem tak jak Pan zalecał pociętych gałązek. Ale może jednak nadaje się do ściółkowania? Choć musiałbym umieścić wtedy na rabacie, w jej środku, kilka cegieł czy kostek brukowych, abym miał gdzie stąpać przy pracach ogrodniczych :), aby nie wdeptywać keramzytu. hmm...
(Październik 11, 2015)