Rozmowy o różach



Marek Moch:
Dzień Dobry. Zwrotna informacja ze szkółki, gdzie kupiłem Charlesa, ta po zgłoszeniu wątpliwości, była zgodna z prawdą: doszło do pomyłki i sprzedano mi Versicolor. Swoją drogą z dokładnie taką samą omyłką – kupiony Charles de Mills okazał się starodawną galijką Versicolor – miała do czynienia autorka bloga Balkon Pełen Róż. Pisałem z nią o tym. A w szkółce p. Choduna k. Jarocina (ja jestem z niej b. zadowolony, ale dowiedziałem się od innej internautki rosarianki - EM, że i tam zdarzały się wpadki), w której kupiłem wszystkie pozostałe róże, też nie chcieli mi w tym roku odsprzedać ChdM … bo i tam mają pomyłkę w szczepieniach i nie zaryzykują. Godna pochwały rzetelność. Moje wnioski: cokolwiek by nie pisały, czy nie sugerowały szkółki, nie produkują wszystkiego co sprzedają. Albo sprowadzają z zagranicy, albo produkcją zajmuje się (przynajmniej w znacznym stopniu) jedna polska szkółka i potem sprzedaje dalej do innych, a te do klientów. Jak na początku doszło do pomyłki, w tym "wąskim gardle", to i potem już się to potoczyło… Ooo moim skromnym zdaniem ocena (Versicolor, Camaieux) nie była taka łatwa! Nawet nie chodzi o to, że pierwsze kwiaty były całkiem niedorobione, lecz proszę spojrzeć na moje zdjęcie róży, to z nierozwiniętymi pąkami, jeden jest wydłużony (jak u Versicolor), ale drugi … okrągły jak u Camayeux! Ja o tym nie pisałem, ale od razu zwróciłem na to uwagę. A jednak ostatecznie to Rosa Mundi. Właściwie to całe to zamieszanie nie byłoby takie złe, bo Versicolor jest naprawdę przepiękna, lecz chciałem mieć Charlesa (choć nazwa mi nie pasowała zbytnio, wolę czysto francuskie, a ta taka trochę anglosaska, pasująca bardziej do alb). Bardzo chciałem Charlesa. Teraz byłem nawet zdecydowany, na wymianę i oddanie Versicolor. Lecz nie za bardzo mi się chce przesadzać Versicolor, a w to miejsce dawać Charlesa. Versicolor stała się już moja i żal mi się jej pozbywać. Poza tym jakby czuła i stara się pokazać z najlepszej strony, pięknie rośnie. Choć mam już znalezione dla niej miejsce jakby co, u znajomej. Stanowisko tam super, ale ziemia… trzeba by roboty. W szkółce gdzie kupiłem Charlesa mam propozycję wymiany jesienią (nieodpłatnie, przy tym Rosa Mundi zostaje u mnie, a poza tym, tym razem ma to być na pewno Charles). No i wspaniała propozycja EM (internautka i rosarianka z portalu M. Sołtysa). To dzięki jej wpisom w tamtym roku zdecydowałem się na Charlesa. Jeśli tylko będę chciał mogę dostać od niej szczepki, sadzonki Charlesa. Bo ten jak wiemy, jak na galijkę przystało, rozchodzi się rozłogami. Ale wtedy albo wydaję Versicolor i w to miejsca trafia Charles, albo robię dla niej (Versicolor) dodatkową rabatę, na co nie mam miejsca. Albo.. rezygnuję z Charlesa. I zostawiam Versicolor. Na miejscu Charlesa. EM napisała mi maila o pięknie Versicolor i jest on równie poetycki jak ChdM. I Mam problem haha. A co Pan sądzi o pomyśle, abym zostawił u siebie zamiast Charlesa Versicolor? Wydaje mi się, że kolorystycznie to by nie wyglądało źle. Róża ta nawet bardziej pasowałaby do koncepcji rabaty nieco naturalnej, mam tam te wszystkie dąbrówki, cebule, kopry, wrotycze, fiołki i stokrotki itd. ostatnio dosadziłem krwawnik, pięciornik i głowienkę pospolitą. Potrzebuję natury, mam silną potrzebę oglądania czegoś co będzie mnie zachwycać. A w niej róże...

Problemem jest tylko wzrost Versicolor. Czy w tym miejscu gdzie miał być Charles Versicolor nie będzie zbyt niska? Co prawda W. Gubała na portalu M. Sołtysa pisała kilka lat temu, że jej Versicolor ma ponad półtora metra… Też uważam, że warto kupować nawet drożej, lecz w szkółkach, z dobrego miejsca. Wiedząc co to za róża. Nazwa. No jasne, że to też ważne Ja kupowałem róże kierując się ich cechami zewnętrznymi, odpornością, oraz nazwami. Może to głupie, ale bardzo długo zastanawiałem się nad Charlesem, bo nie podobała mi się ta anglosasko brzmiąca nazwa. Mimo negatywnych ocen M. Sołtysa na temat Blanche Moreau (swoją drogą, przynajmniej po pierwszym roku u mnie, moim zdaniem błędnych) musiałem ją mieć, bo nazwa mnie urzekła. Tak jak Felicite Parmentier. A propos Felicite. Ma wspaniały, bardzo ciekawy zapach, taki z nutą cytryny. I długo trzyma kwiaty. I jest faktycznie zgrabna i elegancka, do tego zdrowa. Dobrze przygotowana ziemia. Dużo gliny. Teraz dałbym nawet jej więcej. Rzecz jasna też trochę grubego piasku, gałązek i obornik. No i głębokie sadzenie!! To podstawa. Tak! Dokładnie jak Pan zaleca. Miałem wątpliwości, już ich nie mam. A wpis o Pana Rose de Resht jeszcze tylko potwierdza konieczność sadzenia głębokiego. Te dwie rzeczy są kluczowe. Blanche Moreau, którą M. Sołtys tak "objechał" - nie zgadzam się z nim! Z całym ogromnym szacunkiem! Rosła najlepiej, były okresy deszczy, a liście leżące na mokrej ziemi bez zarzutu, leżące bo były tak duże i tak dużo kwiatów że wyginały gałązki. Comte de Chambord był gorszy w liściach, ale jakie miał kwiaty - ogromne. Lecz teraz odbija! I znowu szykuje się do kwitnienia. Rose de Resht - cudne liście i non stop kwitnie. Koło niej, na wierzchu jest taki przypadkowy jęzor gliny. To pewnie też pomaga. Głębokie sadzenie i dobra gleba, z gliną. Ispahan. Ten, którego nie umęczyłem ma ponad metr. Drugi już w pełni zdrów i nadgania. Versicolor rośnie i rośnie. I coraz bardziej cieszy. Nie pryskam, nie wyrywam "chwastów" poza niektórymi, mam silną potrzebę, aby tam rosło naturalnie, oczywiście w razie czego wejdę z korektą, interwencją, gdyby zaczęło to przeszkadzać różom, ale na razie zachwycam się. Obok róż, w środku rabaty rosną dwa wrotycze, na większym na gałązkach z kwiatami w kilku miejscach pełno mszyc, ale na róże nie wchodzą. Nawet za bardzo nie podlewam, a jeśli to – proszę nie krzyczeć – niezbyt zgodnie z zasadami, nie za bardzo mi to szło, rabaty … więc podlewam po całości, w tym i po liściach, pilnując tylko aby były to takie popołudniowe pory i czas, aby szybko mogły obeschnąć. Oczywście gdy zimno i wilgotno odpuszczam te eksperymenty. Ale głownie deszcze – wczoraj padało i jak one w ciągu nocy wyskoczyły. Obciąłem część pędów, tych leżących, chyba pierwszy raz nie był idealny, ale nie martwię się. Za chwilę zaczną kwitnąć jeżówki, więc poza masą bzygów, które ściągnęły maczki kalifornijskie, będą i pszczoły i motyle (Versicilor też by je ściągała). Na razie nie robię obwódki i zrębków. Właściwie to pomyślałem o tym głównie z uwagi na pewne problemy z wykaszaniem na granicach, oraz dlatego że bywa że muszę wyrywać jakieś chwasty ze środka rabaty i wtedy wchodzę tam i depczę. Pomyślałem że zrębkami zrobię sobie stałe dróżki, aby tylko tam chodzić, ale czy to dobry pomysł. Teraz głownie się cieszę, daje mi to dużo radości, na pewno zrobię zmiany przy Ispahanach, tam jest za dużo szczypiorku czosnkowego i cebuli siedmiolatki, w złym miejscu...

Pewnie wyrzucę i posieję na nowo – cebulę i raczej koper. Ale powoli… W parku w Koźminie Wlkp. w kilku miejscach piękne róże, ale o tym może innym razem… Pozdrawiam
(4 lipca, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Gwoli krótkiego wyjaśnienia, na pojawiające się kwestie związane z uprawą róż i nie cierpiące zwłoki, zawsze staram się odpowiadać najpóźniej następnego dnia po ich pojawieniu się w witrynie. Tak też było z powyższym wpisem Pana Marka, na który odpisałem się szybciej emailem, a treści w witrynie pojawiają się teraz czyli trochę później. Roboty w ogrodzie huk i czasu na pisanie nie zawsze starcza. Pierwsza połowa lipca to m.in letnie cięcie róż i usuwanie przekwitłych kwiatostanów u róż powtarzających. U tych, które kwitną tylko raz, tej czynności nie przeprowadzam, aby później w sezonie móc podziwiać owoce. Jednakże najbardziej czasochłonne w ogrodach bezopryskowych jest pielenie rabat, zwłaszcza po czasie deszczowym. Róże powinny być zadbane i móc się prezentować dobrze bez względu na porę roku. Nie przekonuje mnie prowadzenie róż całkowicie pozostawionych samym sobie. Kiedy spotykam się z tym, to najczęściej słyszę, że to taki celowy zamysł aby było naturalnie. No tak, ale naturalnie to mogą rosnąć sobie gatunki i odmiany róż dziko rosnących, a i nie należy tego mylić z zachwaszczeniem krzewów aż po wierzchołki. Róże bez względu na to jaki to jest ogród z założenia (angielski, francuski, klasyczny czy modern) zawsze powinny być wyeksponowane i prezentować się po królewsku. Oczywiście w ogrodach wiejskich, tam gdzie wrotycz, jaskółcze ziele czy naparstnica się sama sieje, też róże mogą i powinny być zadbane.

Rabata Pięciu Róż, jak na zdjęciu powyżej to dobry przykład, że można ekspansywne rośliny, takie nie zawsze uważane za ozdobne (co oczywiście jest kwestią gustu), pogodzić z różami. Wszystko jest kwestią pracy i ogrodniczego pomyślunku. Jest też tak jak mawia Alan Titchmarsh – ogrodnictwo to takie ciągłe boksowanie się z Naturą. Czyli są rundy w których się wygrywa i takie gdzie nie jesteśmy górą. Nie tyle też chodzi tu o wygraną, a bardziej o sam udział. Nie dajmy się znokautować, ale też starajmy się nie powalić Natury na deski.
A dbanie o róże, to moje wspomniane pielenie rabat, choć nie jakoś szczególnie lubiane, to ma też swoje dobre strony. Tak blisko róż to rzadko się bywa i widzi się wtedy znacznie więcej niż tylko tak przechadzając się po ogrodzie. Ja w tym roku zauważyłem, że tyle biedronek siedmiokropek i innych, co teraz to nigdy nie było. Aż "przeszkadzają", bo każdą napotkaną na chwastach oczywiście przenoszę w róże lub też bukszpanowe obwódki. Doszedłem też do takiego wniosku, że bukszpany są ulubionym miejscem dla bożych krówek i odkąd się pojawiły na mojej różance, to ich populacja z roku na rok znacznie przyrasta. Co oczywiście mnie bardzo cieszy, bo przed siedmioma laty, kiedy całkowicie odstawiłem opryski to był czas, że przywoziłem je do ogrodu. Raz jeszcze tutaj polecam odstawienie chemii, im wcześniej to tym lepiej dla biedronek, róż których nam strzegą, ogrodu i naszego zdrowia. Tak tylko przypomnę, że wspomniana siedmiokropka to dziennie potrafi schrupać kilka dziesiątek mszyc, a jej postać larwy nawet i 700 w ciągu swojego rozwoju. A jeszcze wracając do bukszpanu, może to nie przypadek, że tak często spotykany jest w sąsiedztwie róż. Może to jeden z tych podrzuconych nam pomysłów autorstwa samej Natury.
Pyta Pan o "Versicolor" i czy też może pozostać, skoro już tak ładnie się zadomowiła. To róża francuska i stąd też nie jest dużym krzewem, trzyma się tego 1 m wysokości i szerokości 1.5 m. Starsze krzewy kwitną długo i bardzo pewnie. Nie pokładają też pędów, a przewieszają łagodnie pod ciężarem kwiatów. Te zarówno w swym podwójnym kolorze, kształcie i zapachu są bliskie różanej perfekcji. Nie tylko moim zdaniem to jedna z najbardziej wartościowych róż historycznych, nieustępująca w kwiatach, odporności na choroby i mróz, tym nowoczesnym. Przy całym moim szacunku do Old Roses, to jednak zauważam też ten postęp w hodowli róż na przestrzeni wieków i to że wiele odmian po 1867 roku czy też po 1914, jest w swych wymiernych cechach doskonalsza. Zatem jeśli spotyka się różę historyczną która przez wielu uważana jest za równą tym nowoczesnym, to taka odmiana musi być niezwykle wartościową. Tu na Rabacie Pięciu Róż była jeszcze ta kwestia przy "Charles de Mills", że jego sąsiedztwo zgodnie z Pana zamysłem, to bardzo podobne w kolorze "Rose de Rescht" (pisałem o tym na stronie piątej). Także teraz po tej mimowolnej zamianie, kwiaty każdej z róż będą lepiej widoczne. Nie będzie już do czego się przyczepić :), a i rabata została wzbogacona o nową wartość bicolor, czyli kwiaty dwukolorowe. O to że będą przerwy między krzewami to ja bym się nie martwił, u starszych nawet róż zawsze będzie się pojawiać wspomniane już przewieszanie pędów pod ciężarem kwiatów, także rabata będzie wypełniona.
(10 lipca, 2016)

Marek Moch: Dzień dobry. Bardzo trafne uwagi dotyczące biedronek i bukszpanów. I bardzo ciekawe. Bukszpany jako azyl dla petronelek. Hmm muszę to poobserwować. Warto pomagać naszym rodzimym biedronkom także dlatego, że obecnie są pod silną presją zamorskich arlekinów z Azji, z USA. A w ogóle natura jest niesamowita i warto się wspomóc jej siłami, wykorzystać je. Koło Felicite Parmentier rósł u mnie jakiś żółty rumian (złocień?). Teraz przekwitł, a że nie wyglądał już zbyt dobrze, więc go wyrzuciłem. Ale ad rem, kwitł przepięknie. Rósł też super. Myślałem najpierw, że to wrotycz, lecz nie. Kwitł małymi słoneczkami, lecz większymi trochę niż wrotycz. Ściągał różne owady. Motyle, bzygi. Dużo różnych bzygów. Także mszyce :) Duuuużo mszyc ha ha ha. Kilka z jego gałązek było aż czarnych od nich, tak ich tam dużo było. I to nie trwało dzień, czy dwa. I one w ogóle nie ruszały Felicite !! Była dla nich mało interesująca, a raczej rumian (złocień) był dużo bardziej ciekawy i smakowity niż Felicite.
Można więc nie stosować chemii i nie mieć mszyc na różach; A rumian (złocień) po przekwitnięciu wyglądał średnio, lecz taka jego natura, poza tym przed ostatnim czasem burz były u mnie upały i te dały mu się we znaki. Mszyce nie zrobiły mu żadnej szkody. Poza tym, no po prostu nie chcę, odrzuca mnie na samą myśl, że mam z jednej strony coś sadzić aby rosło i żyło, a jednocześnie niszczyć resztę życia wokół chemią.
ciąg dalszy w kolejnym wpisie...
Pozdrawiam
(11 lipca, 2016)

Marek Moch: A zatem decyzja podjęta! Na Rabacie 5 Róż zamiast Charles de Mills będę miał starodawną Rosę Mundi! 
Nie będę brał dla siebie Charles de Mills, ani od przemiłej EM, ani ze szkółki w której doszło do omyłki. Bo na Rabacie 5 Róż ma być ich 5. A nowej rabaty nie planuję jednak zakładać. Być może ze szkółki wezmę w ramach reklamacji Charlesa, lecz dla kogoś innego, w prezencie, ale to jeszcze przemyślę. Jeśli tego też nie zrobię, to nawet nie wiem, czy zażądam zwrotu pieniędzy za Rosa Mundi, w sumie mam ją i będę miał, więc zwrot zapłaty się nie należy. A ponieważ chcę aby rabata była naturalna, ta będzie nawet bardziej tam pasować. Nie aspiruję do ogrodu angielskiego, bo nasz klimat nie jest angielski. Ani do francuskiego, bo nie mam ochoty na formalizm i jego, zrozumiałe i konieczne, ograniczenia i nakłady pracy. Chcę aby rabata była taka trochę ... chłopska :); w wiejskim stylu. Brytyjczycy używają bodaj określenia cottage. Cottage lecz a la polonaise ha ha. Ma być naturalna, swobodna. Bez potrzeby ciągłej pracy. Oczywiście w pewnych granicach, bo to przecież kultura; a nie natura. Nie można też puścić wszystkiego samopas, bo rodzime, dzikie rośliny są silniejsze. I też dlatego, że tutaj będę czerpał przyjemność również z samego kształtowania rabaty, kształtowania przeze mnie, nie siłami natury. Ale kształtowania spokojnego, to ma być przyjemność, bez ogrodniczej; napinki;, kolejna poza samą obserwacją, oglądaniem. Nie przymus. I raczej nie boks ha ha ha. Bardziej wypalanie ceramiki, formowanie. Eksperymentowanie. Przyjemna obserwacja efektów, błędów (też!), ocena, ewentualne korekty itd. itd. itd. Słowem zabawa. Tak. Kawałek ziemi gdzie będzie też trochę puszczenia samopas, bo uwielbiam oglądać jak natura wywija się spomiędzy naszych palców tzn. planów ha ha. Gdzie ważniejsze będzie samo, z lekka górnolotnie pisząc, tworzenie, a nie cel. Przynajmniej na razie, dopóki mnie to bawi. Choć cel też będzie, jest, gdzieś na względzie. Sądzę, że w ogólnym zarysie wiem, co będzie na końcu, ale w ogólnym i to może ulec zmianie. Ale jednocześnie, już widzę, że dzikość poszła zbyt daleko. Będą ingerencje. Ale jeszcze nie teraz; brak czasu i weny. No i oczywiście ma Pan rację; różom należy się stosowne miejsce i traktowanie, to przecież szlachetne rośliny. To też wezmę pod uwagę. Ale o tym i o wpuszczaniu natury do ogrodu może jeszcze napiszę kiedy indziej.
W tym tygodniu MOCNO u mnie WIAŁO (i padało).
Róże sadziłem w tamtym roku, kupione w doniczkach w znanej wszystkim rosarianom szkółce spod Jarocina (poza Rosa Mundi, która miała być Charlesem, tę kupiłem gdzie indziej). Ja uważam, że szkółka jest b. dobra, lecz mimo wszystko doniczki to doniczki. Pędy i liście były słabsze, cieńsze, mniejsze, bardziej wiotkie. Dotyczyło to części róż, zwłaszcza Blanche Moreau była bardzo słaba. Wyciągnięte, wątłe pędy i nieduże, dość blade liście. Słabo kwitła. Za długo w doniczce. Po posadzeniu do gruntu, już w tamtym roku widziałem, że zaskoczyły. Ale dopiero w tym poszło na ostro ha ha ha. I najbardziej Blanche. Duuże liście, duużo liści, duuże kwiaty, duuużo kwiatów. Wszystko ciężkie, więc gałązki z tamtego roku wygięły się na zewnątrz krzewu i w dół, do ziemi. Część nawet na niej leżała, co im swoją drogą nie przeszkadzało, liście rosły, kwiaty kwitły. A ponieważ trochę przeszarżowałem z troską o jeden Ispahan; już jest ok, ale jest o połowę mniejszy od drugiego, co widać na zdjęciu; i ponieważ kwiaty Blanche były naprawdę piękne, to ciachnąłem za Pana radą; lecz tylko raz, jedną gałązkę, tak w połowie. Wyprostowała się, ale za jakiś czas znowu leżała; nowe liście i nowe kwiaty.
No i jakiś czas temu uznałem, że muszę coś z tym zrobić i ciąć. Pamiętałem, że tniemy nawet o 2/3, nad pąkiem który jest na zewnątrz. Tak na marginesie, pąki śpiące nie zawsze są widoczne w ciągu roku, czyli patrzymy skąd wyrasta liść na łodydze, tam jest pąk śpiący? Lecz zwłaszcza u Blanche te zewnętrzne pąki skierowane były co oczywiste do ziemi, nawet częściowo na niej leżały. No bo stare gałązki wygięły się na zewnątrz i w kierunku ziemi, blisko niej, część leżała na niej. To spowodowało też, że ze starych gałązek, tych wątłych z tamtego roku (lecz z pąków wewnętrznych), oraz z okolic gdzie wystawały one z ziemi, wybiły proste, nowe, grube pędy. Wybiło też jak napisałem część z pąków w glebie, pędy wyrastały obok starych gałązek, wprost z ziemi.
Ciachnąłem dość mocno, tak właściwie to z tych starych gałązek zostało tylko to z czego wybiły te nowe proste, wraz z wyrastającymi z nich nowymi, grubymi, prostymi pędami i takimi samymi wyrastającymi z miejsce w pobliżu, wprost z ziemi (te kawałki starych zostawiłem, za tym ciąłem pochylone w bok części starych gałązek). Czytam teraz kolejny raz wpisy na stronie i dochodzę do wniosku, że chyba Blanche Moreau ciąłem źle, bo zostawiłem te proste pędy - które chyba są określane jako strzały (?). Może powinienem był też mniej skrócić te stare pędy, ale pomyślałem; cóż nowe już wybiły i to z wewnętrznych pąków, stare mimo wszystko też trochę zdążyły zesztywnieć, w pozycji poziomej, nie mogę chyba zostawić tych w poziomej dłuższych, bo z nich też wtedy wybiją kolejne proste i za dużo będzie tych prostych opartych, wyrastających, z poziomych starych. Myślałem też, że krótko tnąc zdopinguję do wybijania nowych pędów ze starych gałązek, lecz z pąków w ziemi.
Ciachnąłem też trochę Comte de Chambord, on słabo wystawał z ziemi, bo był mniejszy, przy głębokim sadzeniu wystawało niedużo. Wiosną mocno wszystko wybiło, było dużo pąków i dużo kwiatów, potem część liści jakoby przypaliło (?), ciachnąłem dość nisko, zostały sterczące, dość prosto, niezbyt długie gałązki, na razie z części z nich nic nie wybija, wystają tak na 6,7 cm, mają tam z 2,3 miejsca oczkowe (tzn. te liście o czym wyżej), no nie wiem, poza tym wybija trochę z dwóch pozostałych gałązek. Oraz z ziemi.
Innych w sumie nie ruszałem; poza podcięciem, ale niewielkim, Felicite Parmentier i Rosa Mundi. Na zdjęciach które Panu wysyłałem widać dobrze Blanche i Ispahany (nie ruszane, ze starymi i nowymi pędami), inne trudno było mi dokładnie sfotografować, mimo prób. Na zdjęciach nowe pędy były odgięte, lecz wtedy było to tylko w momencie wiatru. Bo już zaczęła się powoli wietrzna pogoda, gdy je robiłem.
Lecz teraz po tych wichurach Ispahany odgięły się z lekka na stałe; chodzi o nowe pędy, bo są też stare, gdyż tu nie ciąłem. Odgięły się też nowe pędy Blanche i jeden, najdłuższy pęd Felicite. Te wyprostowane, tegoroczne (pędy Ispahanów, Blanche Moreau i Felicite Parmentier) odchyliły się na boki, w kierunku na zewnątrz krzewu, i pochyliły w kierunku do ziemi. Niektóre dość mocno, np. najdłuższy pęd Felicte nie leży na ziemi pewnie tylko dlatego, że rosną tam byliny i na nich się zatrzymał. Obawiałem się, czy czasem coś się nawet nie wyłamało, ale jest ok, wszystko jędrne i zielone.
Lecz pewnie będę musiał znowu ciąć, w dobrej ziemi róże wybujały, a to pierwszy rok... I chyba dość szybko, bo te wygięte pędy na końcach odginają się już do góry.
Cięcie - o dwie trzecie, tak aby pęd się w miarę wyprostował, szukając oczka na zewnątrz- i pytanie: nie martwiąc się chyba o to, że oczko takie (zewnętrzne) skierowane "twarzą" jest do ziemi? (To dotyczy m.in. Felicite). I tak się pewnie pęd wywinie do góry- taki wyrastający z oczka. (?).
Jak już napisałem, czytam kolejny raz wpisy na stronie i dochodzę do wniosku że na Blanche Moreau chyba poprzednio ciąłem źle, bo zostawiłem te proste pędy, strzały (?). Z drugiej strony mając obawy (po mych działaniach z Ispahan) zbyt długo czekałem z cięciem i pędy z poprzedniego roku leżały już i to "na sztywno" na ziemi. No nic. To teraz pozostaje mi chyba je (strzały) ściąć do 2/3, celem rozkrzewienia.
Co Pan sądzi?
Byłbym wdzięczny za uwagi dotyczące cięcia. Już dzięki Panu wiem, jak przygotować ziemię i jak sadzić. Teraz cięcie :) Może mógłby Pan wkleić jakieś swoje zdjęcia, ewentualnie użyć moich które podobnie jak szkice przesłałem, aby to objaśnić. Kwestia cięcia jest jeszcze dla mnie trudna.
Pozdrawiam! :)
(18 lipca, 2016)