Rozmowy o różach


Piotr Szustakiewicz: Kopcowanie róż w naszym klimacie to takie minimum ochrony krzewów przed mrozami, w tym też takim znacznie lżejszymi niż podaje to mrozoodporność dla danej odmiany/gatunku. Szczególnie wrażliwe na przemarzanie są młode pędy o słabym stopniu zdrewnienia i samo miejsce okulizacji. Jednakże, jeśli jest  w ogrodzie róż niewiele, to warto poczekać najdłużej jak się da i kopcować dopiero przed prognozowanymi mrozami. Na uwadze trzeba mieć tylko to, że wprawdzie różom nie stanie się nic do -12 ºC, ale już przy tej temperaturze ziemia jest zamarznięta na dobre i trzeba ją skuć przed kopaniem, a i wtedy będą grudy, które niezbyt szczelnie będą chronić pędy. Dlaczego jak najpóźniej kopcować? Przykrywanie ziemią pędów to konieczność, a nie to co różom jest potrzebne. W ten sposób róże mogą 'łapać' choroby grzybowe i dlatego wiosną po odkopaniu sprawdzajmy czy nie są dotknięte jakimś patogenem. Pryskanie generalnie odradzam, ale w stanach najwyższej konieczności, aby nie stracić róży, można zastosować Siarkol lub Miedzian, oba preparaty są w pełni ekologiczne (ja używam tego pierwszego do łóz winorośli, które są podobnie kopcowane na zimę).
"Charles de Mills" to róża francuska prawdziwie starej daty, która od zawsze budziła bardzo duże emocje – ze względu zarówno na swe tajemnicze pochodzenie jak i piękno kwiatów. Najprawdopodobniej wyhodowana przed 1790 rokiem w Holandii, gdzie wówczas róże francuskie cieszyły się niezwykłym zainteresowanie tamtejszych hodowców - taki punkt widzenia prezentują rosarianie brytyjscy i amerykańscy. Nie przekonują mnie natomiast francuskie źródła, które sobie właśnie przypisują wyhodowanie tej róży i to jeszcze przed 1750 rokiem i jak twierdzi m. in Joyaux wówczas ta róża nazywała się "Bizarre Triomphant". Jednakże poza własną hipotezą nie jest on w stanie podać jakichkolwiek informacji, które by te dwie róże ze sobą łączyły. Podobnie też rzecz ma się z Niemcami, którzy twierdzą, że róża została wyhodowana w ich kraju jako "Charles Wills", a po sprowadzeniu do Francji zmieniono jej nazwę na "Charles de Mills". Na pewno wiele by wyjaśniło ustalenie kim był sam Charles de Mills. Na HMF i jeszcze w kilku innych opracowaniach powielana jest informacja, że tenże był dyrektorem Kompanii Wschodnio-Indyjskiej, a co jest pewnym nieporozumieniem. Rzeczywiście była taka postać historyczna, dyrektor brytyjskiej Kompanii Wschodnio-Indjskiej w latach 1785-1815, ale był on Anglikiem z krwi i kości, członkiem Parlamentu i bankierem, i nosił nazwisko Charles Mills (1755-1826). Nie do wyobrażenia jest, że przy wzajemnej wrogości Francji i Wielkiej Brytanii w tamtym czasie, ktokolwiek by się odważył na "zfrancuzanie" nazwiska osoby o takie pozycji społecznej.
O ile w kwestii pochodzenia zdań jest wiele, to wszyscy za to są zgodni, że róża jest imponująca – w swoim kształcie dużych kwiatów (11 cm średnicy) jak i niezwykłym kolorze purpury i karmazynu, z odcieniami czerni i bardzo wyszukanego fioletu parmeńskiego (Parma violet). To prawda, zapach określany jest jako lekki, jednakże przy tym słodki, w nutach róż starodawnych i jak dla mnie wyczuwalny. Odmiana łatwa w prowadzeniu i nie sprawiająca kłopotów, pamiętać należy o cięciu kształtującym pokrój krzewu przez pierwsze 2-3 lata, a potem skracamy pędy o 1/3.
Jeanne Moreau ma swoją inną róże i jest nią mieszaniec herbatni, oczywiście Francji, z Meilland International, a przedstawiony w 2005 roku. Tak trochę później ta róża jej się dostała, ale jak najbardziej zasłużenie - za talent aktorski, niepowtarzalną urodę i też dość intrygujący charakter. Z tym nazywaniem róż od imienia i nazwiska znanej osoby to bywa bardzo różnie i najlepiej może świadczyć o tym pewna anegdota przypisywana Elizabeth Roosvelt (żonie prezydenta Stanów Zjednoczonych). Otóż jej imieniem w 1933 roku nazwano żółtą różę HT - "Mrs. Franklin D. Roosvelt". Kilka lat później wypowiedziała się o tym wydarzeniu następującymi słowami "Miałam swoją różę i bardzo mi to pochlebiało. Ale już nie cieszyłam się tak bardzo, kiedy w pewnym katalogu przeczytałam w opisie: "Mrs. Franklin D. Roosvelt" is not good in a bed..." Ostatnie słowa pozostawiam każdemu do przetłumaczenia sobie, może tylko dodajmy, że bed oznacza w języku angielskim też 'rabatę kwiatową' :).
"Blanche Moreau" została wyhodowana w 1880 roku przez niezwykle zasłużoną dla róż mchowych spółkę ogrodniczą Moreau-Robert (piszę o tych dwóch ogrodnikach więcej przy Różach mchowych). Nazwana zapewne imieniem jednej z pań rodziny Moreau. To nie jest jedna z tych prześwietnych róż starodawnych (już nie historyczna, a Heritage Rose), jednakże przy odpowiedniej aurze i umiejętnym prowadzeniu w ogrodzie może zabłysnąć. Kwiaty białe z lekkim muśnięciem różu kiedy w pełni otwarte, niestety wrażliwe na deszcz, pozostające w ciekawym kontraście z rudym czy też kasztanowatym omszeniem. Pędy dość wiotkie i mocno przewieszające się, co przy wysokim wzroście do 1.75 m może być problemem. Mając to na uwadze, ja postanowiłem wzorem ogrodników angielskich, mocować z czasem pędy do ziemi (bez dotykania gleby), czyli pojawią się krótkie kołki do których będą te przywiązywane. W ten sposób powinienem z czasem uzyskać pokrój kopuły, na której będą się pojawiać kwiaty na całej długości pędów. Przy takim prowadzeniu trzeba pamiętać o zapewnieniu odpowiedniej przestrzeni dla krzewu i powinno to być koło o średnicy w granicach 3 metrów. Odmiana może w sprzyjające lata i w starszym wieku powtarzać kwitnienie, choć też wcale niekoniecznie. Mocną stroną odmiany jest zapach - wyczuwalny już w pobliżu krzewu, słodki i wyrazisty. Cięcie jak i przy pozostałych mchowych i generalnie stulistnych powinno być u starszych krzewów mocne, polegające na skróceniu wiosną pędów o połowę. Jednakże przy takim prowadzeniu jak wspomniałem wcześniej (forma kopuły) cięcie dostosowujemy do osiągnięcia tego właśnie pokroju.
Nie ściółkuję moich róż, choć przy mieszkaniu na wsi i bliskości pól chwasty są dość poważnym utrapieniem. Mija się to z celem przy kopcowaniu, kiedy to kora czy też inne co, byłoby stale mieszane z glebą. Znajomi próbowali używać kory na dużych rabatach różanych i niestety wyglądało to dobrze tylko przez jeden sezon. Podobnie też tracił się będzie keramzyt, a nawet bardziej, bo przecież w rozmiarach to granulat znacznie od kory mniejszy. Jeśli zimy u Pana niezbyt srogie to można jednak pomyśleć o kopcowaniu właśnie samą korą (bez przekopywania ziemi) i wiosną rozgarniać ją na rabatę. Jeśli kora i potem nagle spadek do -15 ºC i niżej, to można wspomóc takie okrycie kapturami z agrowłókniny czy też innym stroiszem. Ja okrywam korą wszystkie róże miniaturowe (rosną na rabatach z bylinami, gdzie kopanie podłoża jest niemożliwe) i potem ewentualnie w miarę potrzeby wzmacniam ochronę przed mrozem. Można używać też tak kompostu, ale też pamiętajmy tu o estetyce i aby pod różami nie było np. słomy czy też obornika, a co ostatnio widziałem w pewnym programie ogrodniczym. Dla mnie taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania, kłóci się ze wszelkimi różanymi kanonami i też nie jest to spotykane w krajach, gdzie tradycja uprawy róż jest nieporównywalnie starsza niż w Polsce. 
Jeśli róż w ogrodzie niewiele, to kora będzie też w miarę ekonomicznym rozwiązaniem, przy tym ogrodniczo ładnym i spełni swoją rolę ochronną przed chwastami. Choć jest też tak, że tak blisko moich róż jak podczas pielenia rabat, to ja nigdy w cały sezonie i nie jestem.

Pozdrawiam
(Październik 13, 2015)


Marek Moch:
No proszę, nie wiedziałem o róży Jeanne Moreau... W ogóle jeszcze mało wiem o różach, stąd pozwolę sobie zadać pytanie, raczej celem potwierdzenia, bo już Pan o tym pisał - chodzi o głębokość sadzenia. Napisał Pan w jednym z wcześniejszych wpisów, że ma to być 10 cm, obrazując piękną Tuscany, która jest taka również dzięki głębokości sadzenia. Ale czy to nie za głęboko? Proszę wybaczyć, ale chciałbym się upewnić (taki charakter..), tym bardziej że znajdywałem informacje w internecie mówiące o maksymalnie 5 cm. Była też mowa o głębokości na 3 palce a i to na glebach lekkich, piaszczystych, na cięższych na 2, 1 palec, aby potem pędy w ziemi nie butwiały. Pytam tym bardziej, że pisze Pan, przy kwestii kopczykowania, o możliwych chorobach w związku z obsypaniem róży ziemnym kopczykiem. Do kopczykowania zaś mam przygotowaną ziemię w worku, w garażu, tak będzie wygodniej. Czyli mrozy mi nie straszne. Mam też trochę białej agrowłókniny do owijania. Wiem, już czytałem gdzieś wcześniej, że trzeba poczekać do przymrozków (i to kilkudniowych), aby zbyt wczesnym kopczykowaniem nie rozhartować róży, aby się też nie zaparzały. Wiedziałem też o duecie Moreau-Robert , domyślałem się że to pewnie córka, żona itp. p. Moreau miała na imię Blanche, ale mimo to róża Blanche Moreau skojarzyła mi się z Jeanne … i już . Dziękuję za dodatkową porcję wiedzy. I na koniec muszę się podzielić otóż w wyniku pewnego zabawnego zbiegu okoliczności Charles de Mills (w doniczce) trafi do mnie już jutro czyli 14.10.2015r., co mnie baaardzo cieszy.
Pozdrawiam
(Październik 13, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Głębokość sadzenia, którą ja polecam i stosuję tj. miejsce okulizacji 10 cm poniżej poziomu gruntu, myślę że najlepiej bronią róże w moim ogrodzie. Pędy szlachetne róż krzewiastych i pnących mają się z czasem też ukorzenić, więc ten 'zarzut' o ich butwieniu jest dla mnie niezrozumiały. Widziałem mnóstwo takich róż posadzonych równo z gruntem lub jak Pan podaje na 1 czy 2 palce. Nie ma siły, aby w takim przypadku podkładka po kilku latach nie wystawała ponad grunt, bo róże i same w sobie mają też taką skłonność do wynoszenia pędów. I co wtedy zrobić z taką pięcioletnią różą w formie krótkopiennego bujanego drzewka, wymienić na nową :)? Jeśli nie przekonują Pana moje róże, to proszę posadzić według tych innych zaleceń - nic tutaj doradzić więcej nie mogę :).
Ziemia ogrodowa ma bardzo luźną strukturę i trochę mniej będzie chronić niż zwykła gleba z dodatkiem gliny, a i też przykryje z czasem keramzyt. Kopcowanie róż, jak wspomniałem wcześniej to konieczność, więc z pewnymi konsekwencjami tego trzeba się pogodzić i przyjąć je z całym dobrodziejstwem inwentarza. A i szybciej traci się róże przez brak należytej ochrony przed mrozem niż przez choroby grzybowe.
Tak jeszcze zastanawiam się czy Pana wątpliwości nie wynikają z tego, że jednocześnie widzi Pan pędy w ziemi po posadzeniu (co ja uważam za pożądane) i też te po kopcowaniu, co dla róż nie jest już tak całkowicie zdrowe (choć konieczne zimą w naszym klimacie)? Otóż te w ziemi bardzo szybko zdrewnieją i będą tym samym zabezpieczone przed przenikaniem chorób grzybowych. Natomiast te obsypane ziemią na zimę, do wysokości 30 cm i więcej, to pędy często jednoroczne (zielone) i pół zdrewniałe, a przez to wrażliwe i podatne na infekcje.
W ubiegłym roku jesienią zostałem poproszony o przyjrzenie się różom w nie moim ogrodzie i odszukałem właśnie jedno ze zdjęć z tej wizyty na którym jest "Mary Rose" (Shrub, Austin, 1983). Została posadzona wiosną 2012 roku z pojemnika i jak przyznali właściciele ogrodu, miejsce okulizacji było 1-2 cm przysypane ziemią. Po dwóch latach, co widać na zdjęciu, podkładka już jest widoczna, cały krzew pod ciężarem pędów przechylił się mocno na jedna stronę grożąc nawet całkowitym wyłamaniem. Nie ma też szans aby jakakolwiek część pędów szlachetnych się ukorzeniła...

Zarówno tę różę jak i jej podobne stanem, przyciąłem mocno, wykopałem i posadziłem ponownie. W tym roku nie widziałem tego ogrodu, ale z rozmowy telefonicznej z właścicielami wiem, że wszystkie róże ładnie z wiosną odbiły, choć oczywiście są mniejsze, bo i jak gdyby to ich powtórnie pierwszy sezon. Co do samego przesadzania/powtórnego sadzenia to mam dobre oświadczenia z krzewami róż do 3 roku uprawy. U starszych szanse na powodzenie takiego zabiegu znacznie maleją.
Pozdrawiam
(Październik 13, 2015)


Marek Moch: Dokładnie tak, to jest główny powód mego (do)pytania. Bo z jednej strony sadzimy głęboko w ziemię, a z drugiej części w kopczykach (z ziemi) mogą coś podłapać, ale wszystko Pan świetnie wytłumaczył. Jest to dla mnie zrozumiałe, sensowne i logiczne. Ale przyznam się, że przy sadzeniu słuchałem Pana ... ale nie do końca. A mianowicie, ponieważ ziemia gdzie rosną Ispahany jest wyściółkowana keramzytem o grubości 2-3 cm (i na pewno tak będzie zawsze, to nie ulegnie zmianie, po prostu tak musi być i koniec, bo nie mam pełnej wolnej ręki ;), a jeśli chodzi o miejsce gdzie rośnie pięć innych róż, to zastanawiałem się nad ewentualnym wyściółkowaniem też o grubości 2-3cm, to 10cm liczyłem razem ze ściółką (keramzytem, czy innym materiałem), czyli de facto w ziemi jest to obecnie 7-8cm nad miejscem szczepienia. Zastanawiam się teraz, czy nie był to jednak błąd i czy nie wkopię ich ponownie o te 2-3cm głębiej, tak aby nad miejscem szczepienia było dokładnie 10cm ziemi. Ale w takim wypadku nad miejscem szczepienia będzie 10cm ziemi i 2-3cm ściółki (keramzyt ew. inny materiał), razem 12-13cm (?). Czy tak może być? Ziemia do kopczykowania, którą mam, jest ziemią z ogrodu, ale ciężką, z miejsca gdzie ryte były doły pod róże, gliny do niej już nie dodam, bo jej zdobycie nie było takie łatwe :), ale sądzę, że będzie ok. PS. Pana róże bardzo mnie przekonują :), ale proszę też zrozumieć :), jestem różanym nowicjuszem ostrzeliwanym odmiennymi informacjami, więc czasem mój duch słabnie :). A bardzo mi zależy, żeby miały u mnie dobrze, bo już je b. polubiłem.
Pozdrawiam
(Październik 14, 2015')


Piotr Szustakiewicz:
Ja liczę 10 cm do powierzchni samej gleby, bo i w tej części róże będę się ukorzeniać i rozrastać. Nie będzie to miało miejsce tam gdzie leży keramzyt czy kora. Proszę też popatrzeć na to zdjęcie z poprzedniego mojego postu, 10 cm poniżej gleby to naprawdę nie jest tak dużo w przypadku solidnego pokroju róż krzewiastych/parkowych czy też pnących. Te 10 cm jest też taką barierą, która chroni krzewy przed niepożądanym pochylaniem się na boki.
Pozdrawiam
(Październik 14, 2015')