Rozmowy o różach




Marek Moch: Ja nawet nie myślałem o problemie z kopcowaniem, bo po pierwsze mam odmiany dość odporne na mróz, po drugie tu u mnie, na granicy Wielkopolski i Dolnego Śląska, jest zdecydowanie cieplej niż u Pana na Mazowszu, po trzecie część bylin zniosłaby, jak sądzę, bez większego problemu jednorazowe wejście jesienią i tak samo wiosną oraz przysypanie ziemią w okresie braku wegetacji – ale o tym, czy rozrastające się byliny mi nie zaduszą róż oraz czy nie spowodują braku przewiewu. U mnie w tym roku rabata z ogromną ilością bylin zachwycała mnie. / Dostrzegłem, też tak na marginesie, jak układ ma wpływ na odbiór, obraz, ogląd, tzn. najlepiej rabata wyglądała z pewnego oddalenia, z boku, patrząc w kierunku na jej węższy bok z Comte i Felicite na pierwszym planie, lepiej niż od strony tego szerszego patrząc na Felicite i Rose de Resht, a to dlatego że powstał m.in. dzięki jeżówkom w środku oraz coraz wyższym różom, układ w pewnym stopniu amfiteatralny, a oddalenie uspokajało całość. / Ale zastanawiałem się, czy czasem pojawienie chorób na różach nie było spowodowane tym, że one były w tych bylinach. Te zarastały róże. I z czasem dość mocno. Mniejszy przewiew. Ale znowu robić takie wycinki wokół samych róż, będzie to wyglądać jak ja to mówię "lastrykowo". Tu proszę spojrzeć, to francuska strona internetowa ze zdjęciami ładnego, a miejscami pięknego ogrodu (lejardindebene.com). Tak bym chciał to u mnie widzieć! Zwłaszcza zdjęcia z Tuscany pokazują o co mi chodzi. Ale te z Cardinal de Richelieu i La Belle Sultane/R. gallica Violacea też. Swoją drogą Cardinal ma skłonność do łapania chorób, a mimo to tutaj tak to jest prowadzone. Co Pan o tym sądzi? To mi się b. podoba. W takiej naturalnej gęstwinie. Róża w bylinach. Tego bym chciał. I lokatorzy ogrodu bez 2 zdań też ;) A inna kwestia, to najbardziej chciałbym aby byliny były możliwie w dużym stopniu, nasze, rodzime. One bardziej pasują to otoczenia, w nich róże przełamujące, z uwagi na kwiaty i całość taką szlachetną, choć też same liście podobne u wielu do liści naszych rodzimych R.canina i R. rubiginosa. Ale też nie wiem do końca jak to czynić, bo np. przed 2 laty miałem kępę podbiału, była zwarta a sam podbiał wyglądał bardziej jak rabarbar – chodzi o rozmiary, dobra ziemia i podlewanie hahaha, liście jego zawsze mi się podobały, ale dziad się rozłazi. W tym roku wyrzuciłem całą kępę, to w ziemi co zostało po poprzednim roku, powstały dużo mniejsze, teraz po wykopkach znowu coś wyłazi z ziemi. I kwestia czy takie naturalne byliny nie ściągają chorób, które potem skaczą na róże… Problem do przemyślenia, ale cel jest: Róże w naturalnych bylinach. 
A tu strona brytyjska (blackberrygarden.com), nie wszystko tam mi się podoba, ale proszę spojrzeć na zdjęcia 7 i 8. Ja to bym co prawda ciut tam poporządkował, ale też nie bardzo. Tylko, czy taki naturalizm nie szkodzi. U mnie gdy w tym roku robiłem znowu wielkie wykopki zauważyłem, że część róż miała słabe pędy w tym buszu, mniej słońca, ale to też mogła być kwestia, że są jeszcze młode. Felicite mimo buszu stworzyła piękny krzew (sic!), ale pojawiły się na niej oznaki mączniaka. Pisałem o problemam z chorobami. Lecz taka dzikość mnie ciągnię, naturalność, przełamana szlachetnością róż, sama szlachetność na tle tej dzikości jest też bardziej wyraźna. Kontrasty. To mi się b. podoba. No i pszczoły miodne i dzikie, trzmiele i trzmielce, muchy, bzygi, biedronki, złotooki i cała reszta, łącznie z osami i to nie tylko tymi "zwykłymi" :) To też mnie ciągnie.
Pozdrawiam
ps. Znalezione w internecie.
1.Roztwór do opryskiwania przeciwko szkodnikom i chorobom. Łyżeczkę sody oczyszczonej rozpuścić w litrze ciepłej wody i dodać kilka kropli oliwy z oliwek, roztworem opryskiwać róże kilka razy w odstępach trzech, czterech dni.
2. Odżywka do podlewania, wzmacniająca rośliny, w tym system korzeniowy. Łyżeczkę sody oczyszczonej oraz łyżeczkę soli Epsom (siarczan magnezu) oraz pół łyżeczki amoniaku spożywczego rozpuścić w 4 litrach wody, roztworem podlewać nie częściej niż raz w tygodniu.
To może być ciekawe, wydaje się że też w miarę ekologiczne, naturalne. Co Pan sądzi?
ps.2. a tu proszę, ta sama francuska strona proszę spojrzeć na przedostatnie zdjęcie, to galijka La Belle Sultane, wśród bylin... wygląda na zdrową
(12-24 września, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Moim zdaniem, poza różami naturalnymi, spotykanymi jako rosnące dziko, wszystkie pozostałe wymagają w naszym klimacie okrywania w mniejszym lub większym stopniu. Pozostawieniu ich na zimę samym sobie zawsze towarzyszy ryzyko utraty. Przykład z ostatniego roku róży "Compassion", która rośnie od 5 lat zarówno w moim ogrodzie, jak i u znajomych. Ten drugi ogród również na Mazowszu, po zachodniej stronie Wisły, w mieście. Rabaty z różami rozmieszczone są wśród starodrzewu, na który składa się przede wszystkim kilkunastoletnia kolekcja sosen, na obrzeżach ogrodu rosną świerki i żywotniki. Zima ostatnia podobnie jak i poprzednie kaprysiła długo z nadejściem, a jak już pojawiły się mroźne dni w styczniu to z -16 ºC i było takich zaledwie kilka. Znajomi dali w grudniu kopce różom rabatowym, natomiast z pozostałymi postanowili zaczekać, aż przyjdą temperatury, które są niższe niż podawane graniczne dla odmian, które uprawiają. A że takie się nie pojawiły to róże nie były okrywane. Ja kopcowałem podobnie, a stroisze z agrowłókniny wiązałem z początkiem stycznia, przed dniami -10 ºC. Najniższa temperatura jaką odnotowałem w połowie stycznia to -17 ºC. Róże przezimowały mi w takim warunkach bardzo dobrze, a "Compassion" nie przemarzła nawet w najwyższych piętrach rozpostartych na kracie pergoli. Natomiast u znajomych nie okryta na takiej samej pergoli zmarzła aż do gruntu i w kwietniu nawet zastanawiali się czy całkowicie nie wypadła. Odbiła dopiero w maju i o ile wcześniej sięgała 2 metrów, to po tym sezonie jest w granicach 0.5 m i kwitła 2-3 kwiatami, czyli jakby z powrotem wróciła do pierwszego sezonu w ogrodzie. Zatem 3-4 lata uprawy jak nic zostały stracone. Mrozoodporność "Compassion" to -23.3 ºC, więc wydawałoby się że temperatury rzędu -17 ºC nie powinny jej zaszkodzić, tym bardziej jeśli jest uprawiana na tak osłoniętym stanowisku i ma za sobą pięć sezonów w ogrodzie. To przykład róży pnącej, ale podobnie też sprawy mają się z innymi o pokroju krzewiastym, parkowym. Mrozoodpornośc encyklopedyczna daje nam pewne wskazówki jak zajmować się daną odmianą, jednakże nie należy tego przyjmować za pewnik. Druga sprawa, czy można zadeptać na tyle rabatę aby utracić rosnące na niej byliny? Można jak najbardziej, zwłaszcza kiedy zimno, pierwszy śnieżek i opatulając róże zwracamy tylko uwagę na nie. Wiele bylin to hemikryptofity, z pąkami przetrwalnikowymi na powierzchni gleby lub osadzone bardzo płytko oraz chamefity z pąkami ponad poziomem grunty, osłaniane przez liście, śnieg czy też wymagające nienaturalnej osłony. Uszkodzenia pąków u jednych i drugich mogą doprowadzić do utraty młodych bylin, a u starszych znacznie ograniczyć ich kwitnienie w roku następnym.
Poza opisanymi powy
żej sprawami jest jeszcze zajmowanie się przecież różami w czasie wegetacji, a czego na odległość zrobić się najnormalniej nie da. Trzeba się znależć przy każdym krzewie kilka razy od wiosny po jesień, aby wszystkiego dopatrzeć.  Róże są niewykle pracochłonną grupą roślin, jak żadne inne wymagają wiele zachodu i starań. Utrudnianie sobie prac pielęgnacyjnych z reguły skutkuje tym, że czas poświęcany różom zaczyna się wydłużać i może nam go najnormalniej zabraknąć. O ile takie ogławianie z przekwitłych kwiatostanów dorosłego krzewu o wymiarach 2m x 2m da się przeprowadzić w 20 minut, to przy braku bezpośredniego dostepu ze względu na rosnące byliny, ten czas jak nic wydłuży nam się razy dwa. Wchodzenie na byliny latem jest też raczej trudne do zaakceptowania, ślady takich naszych wędrówek będą długo widoczne. Także to wszystko trzeba mieć na uwadze, czy damy sobie z tym radę czy starając się wzbogacić, uatrakcyjnić rabaty z naszymi różami nie osiągniemy efektu zupełnie odwrotnego od zamierzonego.

W tym francuskim ogrodzie, który Pan znalazł, są miejsca gdzie bardzo ładne róże prezentują się w harmonii z bylinami, zwłaszcza korzystnie wypadają zestawienia z bodziszkami, gaurą lindheimerii, lnem, czyśćcem wełnistym. Ale, są też nasadzenia miskantów i zawilców japońskich zaledwie 50 cm (i bliżej) od krzewu róży, czy w podobnej odległości widać krzewy hortensji i to już tak dobrze nie wypada. Ogród we Francji, sądząc po zimującej gaurze zapewne gdzieś na ciepłym Południu, trudno wyobrazić tu sobie kopcowanie róż, może co najwyżej obsypywanie korą. Samo założenie ogrodowe jest bardzo angielskie. Podobnie jak i kolejne, które Pan wypatrzył, ale to raczej bym nie zaliczył do tego na czym warto się wzorować. Jak już kiedyś pisałem, brak dbałości czy nasadzenia bez ładu i składu, to nie jest to co powinno charakteryzować ogrody angielskie. Na swój sposób naturalne i wypełnione roślinami, co jednak w żadnym wypadku nie jest osiągane brakiem starań czy zaniedbań pozwalających zwłaszcza roślinom silniejszym na rozpasanie. A jak to wszystko ma się do uprawiania róż to najlepiej widać w ogrodach Davida Austina, a dokładnie na Rose Gardens. Przedstawionych jest tutaj 6 typów ogrodów, założeń ogrodniczych, które moim zdaniem wyczerpują całkowicie temat prowadzenia, uprawy róż. Moim zdaniem, wybranie jednego z nich gwarantuje różany sukces.
Jako pierwszy prezentowany jest The Long Garden z kolekcją róż historycznych, w większości kwitnących tylko raz wczesną wiosną. Aby podnieść atrakcyjność ogrodu, przedłużyć czas kwitnienia, znalazły się tu również nasadzenia róż angielskich, które to wywodzą się w prostej linii od odmian starodawnych oraz współczesne róże pnące i ramblery. Kolejnym jest ogród w stylu Wiktoriańskim, The Victorian Walled Garden, formalny oparty na planie koła, a dokładniej trzech okręgów zmniejszających się do centrum. To na nich zostały wytyczone rabaty, których granicę stanowią nisko strzyżone żywopłoty z bukszpanu. W centralnym punkcie umieszczona została rzeźba z kamienia. Asortyment różany rabat to odmiany wyhodowane przez Davida Austina, jak i przez innych hodowców, ich wspólna cechą jest powtarzanie kwitnienia oraz pokrój krzewiasty. Wiele róż angielskich doskonale sprawuje się jako pnące, stąd też ich nasadzenia tutaj przy łukach i altanach. Całość ogrodu otoczona jest murem miejskim z cegły, co też odzwierciedlone zostało w jego nazwie.
Ogród Renesansowy został zaprojektowany dla Narodowej Kolekcji Róż Angielskich, na którą składają się najświetniejsze odmiany Davida Austina. Kwitną od wiosny aż po pierwsze przymrozki, prezentując swoja niebywałą różnorodność w kształtacie i zapachu kwiatów, ale też w pokroju krzewów, osiąganych rozmiarach. Tu też znajdujemy żywopłoty, jednakż
ae zarówno niskie, jak i wysokie. Ich zadanie to nadanie rabatom geometrycznych kształtów, ale też tworzenie labiryntów oraz osi symetrii. Ciekawie też prezentują się krzewy rosnące bezpośrednio przy podłużnym basenie, bo i nieczęsto spotyka się ich kwiaty róż odbijające się w lustrze wody.
Następnym ogrodem jest The Lion Garden, najbardziej angielski z przedstawianych, co i nie może dziwić, bo przecież lew to symbol Anglii, podobnie jak i róża. Mamy typowy angielski trawnik, rozdzielający długie rabaty położone po obu jego stronach. Po raz pierwszy i też jedyny pokawiają się, wspomina się tu o bylinach wieloletnich, które wraz z różami tworzą wspaniałe zestawienia (w tym i kontrasty) koloru, kształtu, faktury i zapachu. Rabaty mają dokładnie zaznaczone plany, czyli róże prezentowane są od najniższych aż po rozpościerające się na murach odmiany starodawne o pokroju pnącym, czy też ramblery. Tłem dla róż są też w wielu miejscach kształtowane iglaste żywopłoty. Dzięki uprzejmości David Austin's Roses mogę przedstawić tu zdjęcia The Lion Garden (The pictures courtesy of David Austin's Roses, Garden Scenes) i przy każdym zatrzymam się na kilka słów, aby zobrazować to o czym pisałem wcześniej, czyli jak też powinny prezentować się nienaganne rabaty różano-bylinowe, jeśli mimo tego wszystkiego przed czym "przestrzegam" :), zdecydujemy się takowe założyć. Zatem "Charlotte", mniej znana krzewiasta róża Austina z 1994 roku, rozmiary pokroju 1.0-1.8m x 1.5 m. Tu na rabacie bliżej 1 m, co może być sprawą użytej podkładki (Rosa laxa), jak i mocnego cięcia. Niemniej doskonale wyeksponowana,zarówno w kwiatach, pędach jak liściach, grająca pierwsze skrzypce w swojej okolicy. Ciemnoróżowe naparstnice wyrastające w bliskiej odległości, których miejscem pierwotnym było widoczne stanowisko pod ścianą domu, to efekt niezamierzony, zapewne niewypielony w porę samosiew. Poza tym wszystko w harmonii, nic niczego nie przerasta i nie dominuje. Nie ma też nadmiernego zagęszczenia, które mogłoby utrudniać dopływ powietrza do liści róż. Nawet ten przywrotnik miękki (Alchemilla mollis), u podstawy krzewu jest na swoim miejscu. Mimo, że kwiaty żółto-zielone i kolorystycznie zbliżone do róży, to jednak o tak od nich różnym kształcie, że w żaden sposób ze sobą nie kolidują. Wartą odnotowania jest też znaczna a prawidłowa odległość między dwoma widocznymi krzewami róż. Jak Pan zapewne pamięta liczyliśmy tak właśnie sobie to przed dwoma laty.

Kolejna odsłona The Lion Garden to szeroka rabata, jednakże tak zaprojektowana, że każdy jej plan jest dobrze widoczny z trawnika, tj. miejsca do przechadzania się wśród róż. Byliny w odmianach niskie, poza strzelistymi kłosami Digitalis purpurea (naparstnica purpurowa), która w dogodnych warunkach może dorastać nawet do 2m. Kolumnowe iglaste to najpewniej cyprysy, przy różach drugiego planu dobranych o podobnej wysokości, to zapewne w zamyśle taki element przełamujący tworzący się płaskowyż kwiatów.

A to zdjęcie przedstawiam dla podkreślenia umiaru w ilościach bylin (zwłaszcza wysokich) jakie powinny znaleźć się na różanych rabatach. Niektóre z nich, jak lawenda czy irysy, traktowane są w tym ogrodzie jak róże i mają odrębne stanowiska, a nie umiejscowienia pomiędzy krzewami. Róże sztamowe dają dodatkowe wyższe piętro kwiatów, ale też są ciekawym sposobem ich prezentacji. Spotyka się w parkach aleje drzewiaste (grabowe, bukowe), dlaczego miałoby i nie być alejek różanych? Niemniej, jak tylko przestaję podziwiać te wszystkie niezwykle udane aranżacje róż i zaczynam myśleć o podobnych kompozycjach w moim ogrodzie, to pojawiają mi się potężne wątpliwości. No nie wyobrażam sobie, aby na zimę te pienne róże były tu odpalikowywane, przyginane miejscem szczepienia do ziemi i kopcowane, jak to jest wymagane u nas. Tu na takie zabiegi nie ma po prostu miejsca. Podobnie też nie mogę sobie wyimaginować na innych zdjęciach The Lion Garden, mojego kopcowania czy opatulania arowłókniną róż na zimę. To najnormalniej nie jest nasza różana bajka...

Ostatnim ogrodem przedstawionym na davidaustinroses.co. jest The Species Garden, gdzie uprawiane są gatunki róż rosnące w warunkach naturalnych w różnych częściach świata oraz ich mieszańce. Ozdobne wczesnymi wiosennymi kwiatami i poźnojesiennymi owocami. Wiele z nich powtarza kwitnienie. Wymagają znacznie więcej miejsca w ogrodzie niż inne róże, bo i potrafią być ekspansywne dając mocne odrosty korzeniowe. W większości o bardzo wysokiej mrozoodporność, co w naszym klimacie jest jest znaczącym atutem.
Mam nadzieję, że w żaden sposób nie zniechęciłem Pana do uprawy bylin wśród róż :). To jest do zrobienia, jednakże przy pamiętaniu jakie to bywają u nas zimy, doborze odpowiednim bylin oraz wyłożeniu nieporównywalnie więcej pracy i czasu niż ma to miejsce przy rabatach monotematycznych i klasycznych różankach. Jakkolwiek proszę też zauważyć, to Anglia ze swoim o wiele łagodniejszym klimatem, a jednak Mistrz David Austin zdecydował się na uprawę róż z innymi bylinami w wydaniu bardzo ograniczonym, praktycznie tylko w jednym ze swoich różanych ogrodów. Przecież nie zrobił tego, ze względu na brak jakiegokolwiek faktora zapewniającego ogrodniczy sukces. Posiada wszystko co tylko można sobie zażyczyć, począwszy od ogromnej wiedzy, przez klimat aż po pieniądze. Nie ukrywajmy, te są potrzebne nie tylko przy zakładaniu ogrodów, ale też zajmowaniu się nimi, kiedy to jest ponad siły jednego człowieka. Z tym pieniądze nie są one tu zbyt widoczne, jak to czasami się widuje w ogrodach nowobogackich. W ogrodach Austina jest pewna zauważalna skromność i umiar, które ja postrzegam jako nieodzowne elementy harmonii ogrodniczej. A wracając już do polskich ogrodów, przypomnę się z tym co wspominałem wielokrotnie – uprawa róż w naszym klimacie nie jest wcale tak oczywista. Pamiętajmy o tym, sięgając też tam po wzorce. Szukajmy inspiracji, ale nie dajmy się zwieść, że uda nam się w pełni powtórzyć to co udaje się osiągnąć w rosariach na zachód od naszych granic.
Sodę oczyszczoną dla róż znam i zdarzało mi się stosować z olejem roślinnym, profilaktycznie przeciwko czarnej plamistości liści. Zabieg należy powtarzać przez cały sezon co 2-3 tygodnie, aby można było mówić o jego skuteczności. Sól Epsom, czyli nasz siarczan magnezu, to prawdziwe dobrodziejstwo dla róż. Magnez przez wielu jest rosarian uważany jest za kluczowy w uprawie róż. Nie tyle sam ważny jako składnik mineralny, ale też wspomagający przyswajanie fosforu, który to bezpośrednio jest już odpowiedzialny za wzrost róż i jakość kwitnienia. Zdecydowanie warto rozważyć okresowe nawożenie róż solą angielską. Btw, to odkrycie Anglików, pierwsze odparowania tej soli miały miejsce właśnie w Epsom, w źródłach mineralnych nieopodal Londynu.
Pozdrawiam
(25 września, 2017)