Rozmowy o różach

Piotr Szustakiewicz: Pytał Pan "Czy są jakieś godne uwagi książki o różach – w języku polskim, czy wszystko co wartościowe jest po angielsku?" Są takie książki w języku polskim. Jednak moim zdaniem, warte czytania są tylko te napisane w czasach wprawdzie nie tak odległych, to jednak które bezpowrotnie przeminęły wraz z Polskim Towarzystwem Miłośników Róż i odejściem Pani Ireny Gołębiowskiej (1913-2011), wieloletniego prezesa i dobrej duszy całego różanego towarzystwa. Wyciągnąłem z szuflady dwa roczniki, wydane pół wieku temu, a czytam kolejny już raz z zaciekawieniem takim samym jak przy tym pierwszym...

Pisał tam Kazimierz Walter – założyciel PTMR i pierwszy prezes (1958-1962), Jadwiga i Leopold Grąbczewscy – hodowcy róż (mam ofertę ich szkółki z 1968 roku, sygnowaną adresem Warszawa 93 Dąbrówka), Karol Wizner – autor wielu książek o różach z których polecam "Róże w ogródku" ( mam wydanie z 1966 roku i takie jeszcze można dostać w antykwariatach), Bolesław Wituszyński – hodowca róż i mój krajan (o nim i też o Aronie Eizyku można przeczytać więcej na stronie Święto Róży, w artykułach autorstwa Pani Teresy Mosingiewicz). W Rocznikach są też relacje Pani Ireny Gołębiowskiej, z organizowanych przez towarzystwo wystaw i innych przedsięwzięć różanych. Jest bardzo ciekawy artykuł pióra Ks. Hieronima Lewandowskiego, "Parę uwag amatora o różach pnących", który tak o swoich doświadczeniach różanych pisał, a ja ad vocem naszej rozmowy i dbałości o róże (też w Poznańskiem) zamieszczam...
 "Wśród amatorów istnieje przekonanie, że róż pnących nie warto uprawiać, bo przemarzają. Uprawiam róże od 1957 r. W imię prawdy przyznaję, że był w tym okresie jeden rok, w którym nie okryte, niezabezpieczone pędy pędy przemarzły w większości. Okryte jednak pędy przezimowały, a kopczyki na korzeniach uratowały krzaki. Z wyjątkiem dwóch krzewów wszystkie odbiły. W prawdzie w pierwszym roku po przemarznięciu nie okrytych pędów kwitły skąpo, ale w latach następnych, no i w obecnym dały fantastyczną ilość kwiatów.
Ufam, że w bieżących roku będzie można przed kościołem św. Wojciecha w Poznaniu, jak i przed kaplicą na Winigradach i w moim ogrodzie, zobaczyć wiele kwitnących róż pnących. Zapraszam."
Takie to było kiedyś pisanie o różach, a do którego mi znaczniej bliżej niż do tych współczesnych katalogów, gdzie słowa ciekawego coraz trudniej uświadczyć, za to co strona to zdjęcia w kolorze i w full HD. Same roczniki TPMR jeszcze można wypatrzeć, czasami je widuję przeglądając aukcje i antykwariaty w poszukiwaniu bibliofilskich staroci ogrodowych czy też różanych.
Pozdrawiam
(Listopad 07, 2015')

Marek Moch: Ja też cenię prawdziwą wiedzę. Martwi mnie, często wręcz irytuje (!!), gdy obecnie w tym zalewie publikacji, informacji etc, jest jej tak mało - mimo tego ogromu, pozornego jedynie. Również dlatego tak ważna jest dla mnie internetowa znajomość z Panem. Właśnie znalazłem na allegro i kupiłem za dwadzieścia kilka złotych (i to włącznie z kosztem dwóch dostaw poleconymi priorytetami!) dwie książki p. Wiznera - Róże w ogródku (wydanie 1966) i Róże w gruncie (wydanie 1979) oraz książkę p. Augustynowicza - Poradnik dla miłośników róż (wydanie 1967). Dziękuję też za informacje i link o pp. Eizyku i Wituszyńskim. Już Pan o Nich wspominał. Zbliża się zima, więc poza czytaniem kupionych książek będę też szukał informacji o Nich w internecie, a w linku jest jak widzę trochę danych, które powinny w tym pomóc. Dziękuję bardzo. A co do Poznańskiego. Hmm ... nie mam pewności czy ta część Wielkopolski gdzie mieszkam to jeszcze (w pełni) Poznańskie haha. Formalnie tak, to też dawny zabór pruski, prowincja poznańska, wcześniej W.X.Poznańskie, a i mieszkańcy są o tym przekonani w 100% hahahaha LOL LOL. Ale wie Pan po czym ja poznaję, że jestem w "prawdziwym" Poznańskiem? Po zieleni miejskiej, zwłaszcza tej starszej. Poznań, Gniezno, Leszno, ooo to tak... zawsze widziałem i to od razu różnicę, a między nimi podobieństwa. Mam taką koncepcję, że w Poznaniu musieli mieć w latach 60/70/80tych swojego ogrodnika miejskiego (ogrodników miejskich) który tworzył (tworzyli) gotowe zestawienia roślinne, układy gatunków (zestawy, pakiety), które potem po prostu stosowano w tych miastach. Jest coś charakterystycznego i podobnego. I bardzo różniącego się - na PLUS - od innej starej zieleni miejskiej, z innych rejonów... właściwie to nie tylko starej.
Bracia Eizykowie wybrali Kutno, bo to centrum Polski, blisko wszędzie. Ok. Pan Wituszyński mógł przyjechać w jakimś stopniu w ślad za nimi, do miejsca gdzie róże już uprawiano. Ok. Ale przecież czytam (nie mogłem się powstrzymać, że to był ogromny rozmach, w obu wypadkach! Więc chyba musiało być coś jeszcze... Gleba ?? No bo zimy, jak wiem od Pana, bywają na Mazowszu ostre.
Ciekawe w jakim stanie są teraz róże księdza Lewandowskiego...
Pozdrawiam
(Listopad 9, 2015')

Piotr Szustakiewicz: Dzielenie się pasją jest również dla mnie ciekawym i miłym doświadczeniem. A i
też może dzięki temu, zarówno poprzez moje jak i Pana wypowiedzi, ogrody i same róże gdzieś tam u kogoś prezentować się będą lepiej. Każde pisanie non-profit ma coś z misyjności, co by to i nie miało znaczyć, i tego się też trzymajmy :).
Obaj wspomniani moi krajanie, hodowcy róż, pochodzą spoza Ziemi Kutnowskiej – Aron Eizyk (1985-1979) urodził się w Golubiu Dobrzyniu, natomiast Bolesław Wituszyński (1912-1991) w Leśnikach, w powiecie otwockim. Aron Eizyk, wraz ze swoim bratem Karolem (po szkole rolniczej w Niemczech), rzeczywiście osiedlili się w Adamowicach (gmina Kutno) ze względu na bardzo dogodne komunikacyjne położenie w centrum Polski. To był rok 1912, więc i to gdzie się prowadziło interes miało ogromne znaczenie w pozyskiwaniu klientów. A ich Gospodarstwo Różane może imponować rozmachem nawet i dzisiaj. W latach tuż przed wybuchem II wojny Światowej zatrudniali ponad 100 pracowników, prowadzili praktyki dla warszawskiej SGGW, a w ofercie mieli ponad 900 odmian. No proszę mi pokazać obecnie drugą taką polską szkółkę z takim katalogiem róż...
Bolesław Wituszyński w 1937 roku dostał posadę ogrodnika w majątku Koserz (nieopodal Krośniewic, powiat kutnowski), więc i siłą rzeczy bywał klientem braci Eizyków i widział te tysiące krzewów róż rosnących wówczas na polach. To zapewne sprawiło, że po wojnie osiedlił się w Kutnie i już w latach pięćdziesiątych mówiło się o produkcji róż w jego własnej szkółce liczonej na kilka setek tysięcy krzewów rocznie. Był uznanym różanym autorytetem w Polsce, ale też cenionym i w całej Europie, zdobywcą wielu medali na krajowych i zagranicznych wystawach. Hodowca czterech odmian:
♦ "Kutno" – Polyantha/miniaturowa, sport "Margo Koster", 1965, kwiaty jasnoróżowe, półpełne.
♦ "Marylka" – nazwana imieniem córki hodowcy, róża miniaturowa, kwiaty czerwone, sport "Diorette", zarejestrowana w 1972 roku.
♦ "Kopernik" – mieszaniec herbatni o pasteloworóżowych kwiatach, wyhodowany w 1969 roku i zarejestrowany w 1977, sport "Carina", odmiana rosnąca m. in. w ogrodach papieskich w Watykanie.
♦ "Leszek" (1980), nazwana dla upamiętnienia syna hodowcy, mieszaniec herbatni znaleziony w 1980 roku, sport "Diorama". Kwiaty w niezwykłej barwie brązowo-pomarańczowej, odmiana nie została jednak zarejestrowana ze względu na bardzo niską mrozoodporność jak na grupę HT.
Róże Pana Wituszyńskiego można zobaczyć we wspomnianej już witrynie Święto Róży.

Gleby w okolicach Kutna, na właściwej Równinie Kutnowskiej, rzeczywiście należą do jednych z najżyźniejszych w kraju, ze wskaźnikiem ponad 80 procent ich wykorzystania pod uprawę. Są to czarnoziemy i gleby brunatne, gdzie doskonale plonuje pszenica, buraki cukrowe, rzepak i kukurydza. Spotyka się też dość rozległe sady owocowe. Zatem gleba sprzyjała z pewnością różanym przedsięwzięciom. Klimat ze swoim USDA jest wprawdzie surowszy niż w Zachodniej Polsce, ale z drugiej strony dużo łaskawszy niż ten po tej drugiej stronie Wisły, a tam przecież też uprawia się róże. Podobnie jak dalej jeszcze na wschód czy też na północ od naszych granic. Wszystko pozostaje kwestią wyłożonej pracy i odpowiedniego doboru odmian do uprawy. W hodowli róż jest też znacznie łatwiej ponieważ róże są na polach krótko, kopcuje się podobnie jak redli ziemniaki i nie ma potrzeby dbałości o pędy ponad kopiec. Sprzedaje się najpóźniej dwuletnie okulanty.
A jeszcze wracając do Kutna – nazywane jest Miastem Róż, ale to moim zdaniem obecnie bardziej z tradycji i pamiętania czasów Pana Eizyka i Wituszyńskiego. Wystawa róż jest tylko jedna, z okazji corocznego Święta Róży. Niestety, ono samo z roku na roku coraz głośniejsze w oprawie muzycznej i takie odpustowo-jarmarczne, gdzie króluje na Królewskiej "mydło, widły i powidło". Moim zdaniem nie służy to wcale samym różom, które tak jak i ogrody potrzebują ciszy i swoistego nastroju do ich podziwiania. Na mieście też róż jest niewiele, trochę dobrze oznaczonych rośnie przy Domu Kultury, ale to takie niezbyt fortunne założenie ogrodnicze. Wąskie rabaty w betonie, więc i jak tam też róże mają się czuć dobrze. A obok jest całkiem rozległy park i naprawdę można by znaleźć dużo lepsze ogrodowe lokacje. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w Kutnie było tak jak się to ładnie marzyło Panu Eizykowi, a co spisała Pani Teresa Mosingiewicz – "Brat widział Erfurt, zwany Blumenstadt. On koniecznie chciał żeby Kutno tak samo zostało miastem kwiatów". Z taką też myślą w 2013 roku pojawiła się bardzo ciekawa inicjatywa, "I Ty posadź różę", która miała wnieść pewne ożywienie w upiększaniu miasta. Przez tydzień rozdawano krzewy i mógł je dostać każdy chętny. Bardzo ciekawy to pomysł i oby więcej takich.
Na stronie Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Kutnowskiej jest takie przedwojenne zdjęcie Pana Eizyka w parku Wiosny Ludów, w otoczeniu posadzonych róż. Potwierdza ono jak dzisiaj brakuje i potrzeba ludzi z prawdziwą pasją. A jeśli tylko tacy się znajdą, to ta ogólnie pojęta zieleń miejska może też zachwycać. Zapewne było też tak w tym przypadku opisywanym przez Pana – trafił się ktoś kto potrafił zaprowadzić ładne skwery, rabaty, wykorzystać starodrzew. Czasami jest łatwiej, bo zastaje się stan zadbany i tak w większości przypadków było w poniemieckich miastach. A czasami trudniej, jak też to bywało na pozostałych terenach. Tu najczęściej ostały się parki zakładane jeszcze przed wojną lub te jeszcze starsze w zespołach pałacowych. Najbardziej szkoda jednak ogrodów i parków w majątkach ziemskich, które dyrektorzy pegeerów i spółdzielni produkcyjnych karczowali do ostatniego sanacyjnego krzewu, aby tylko zwiększyć areał pod zasiew. Nie były to łatwe czasy, ale jednak z perspektywy różanej, z ludźmi nietuzinkowymi, których teraz po prostu się już nie spotyka. To nie przypadek, że nie ma już Polskiego Towarzystwa Miłośników Róż.
Czy przetrwały róże ks. Hieronima Lewandowskiego? Te o których pisze, zaprowadzane w latach pięćdziesiątych, zapewne nie. Róże nie należą do zbyt długowiecznych, zwłaszcza mieszańce herbatnie i inne róże rabatowe. Te o pokroju krzewiastym (parkowym) i pnące wraz z rozrastaniem się na własnych korzeniach (tworzeniem młodych odrostów) zwiększają znacznie swoją żywotność. To też jest kolejny aspekt przemawiający za sadzeniem krzewów na wspomnianej głębokości 10 cm. Korzystając z Google Earth obejrzałem sobie kościół Św. Wojciecha, w parafii którego ks. Lewandowski był proboszczem do 1980 roku, kiedy to przeszedł na emeryturę (dane za Wikipedią), ale nie udało mi się wypatrzeć żadnego krzewu róży. Może uchowały się na terenie zabudowań parafialnych (nr 19/20), które to od ulicy Świętego Wojciecha odgrodzone są wysokim murem? Patrząc ponad brązową bramą (z lewej strony wiekowa brzoza) w głębi można zauważyć wysokie kraty, które mogą jeszcze służyć różom pnącym. Czas wykonania zdjęć przez Google Earth jest majowy (kwitnie potężny kasztanowiec), więc i to też nie pora jeszcze na róże. Trzeba by relacji bezpośredniej z tego miejsca, aby co i więcej powiedzieć w tej kwestii.
Pozdrawiam
(Listopad 15, 2015')