Capitaine John Ingram (Moss)

syn. "Captain Ingram"
Hodowca: Jean Laffay, Francja, 1854
Pochodzenie:
Wielkość kwiatu: 6 cm
Zapach: Mocny, słodki
Kwitnienie: Tylko raz, wiosną lub latem
Wysokość/szerokość: 1.25 m/ 1.2 m
Mrozoodporność: Strefa 5a (do -28.9 ºC)
Nagrody
:

   Jean Laffay przeszedł do historii jako hodowca pierwszych róż Hybrid Perepetuals czyli mieszańców powtarzających kwitnienie, w tym "Princesse Hélène" wprowadzonej na rynek w 1837 roku. Jednakże do jego zasług niewątpliwie należy również wyhodowanie wielu wspaniałych odmian róż mchowych, uprawianych i cenionych po dzień dzisiejszy. Urodził się w 1794 roku, pierwsze znane fakty z jego życia to terminowanie w szkółkach Ternaux, a następnie praca już jako zarządca w ogrodach Księcia Orleanu, położonych w podparyskim Neuilly. W 1829 roku otworzył własną szkółkę w Auteuile, którą przeniósł w 1840 roku do Bellevue-Meudon, na przedmieściach Paryża. Z zachowanych opisów dowiadujemy się, że gleba tam była gliniasta, zbita i wiele pracy kosztowało jej ulepszenie. Niemniej już wkrótce ta posiadłość położona na wzniesieniu stała się jednym wielkim różanym ogrodem, gdzie rozległe rabaty rozpościerały się szeroko aż po granice wyznaczane przez wspaniałe kasztanowce. Laffay stał się szybko uznanym w całej Europie hodowcą – cenionym za pasję ogrodniczą, wiedzę i pracowitość. Był też w 1827 roku wraz z Pierre Vibertem założycielem i później honorowym członkiem Société d'Horticulture de Paris (Paryskiego Towarzystwa Ogrodniczego). Największe sukcesy odnosił w hodowli remontantów (mieszańców kwitnących więcej niż jeden raz w roku) z nasion, jego szkółka corocznie pozyskiwała ponad 200 tysięcy siewek. Jest to więcej niż liczy sobie produkcja wielu obecnych hodowców prowadzących produkcję na dużą skalę. O samych pierwszy różach mchowych tak Jean Laffay pisał jesienią 1847 roku do Williama Paula, hodowcy z Herefordshire (Anglia)– "mogę jeszcze zaoferować kilka dobrych odmian, zwłaszcza mieszańców mchowych, bo mam zamiar zrobić wysiew kilku tysięcy nasion... jestem przekonany, że w przyszłości ujrzymy wiele pięknych róż, które będą przewyższać wszystkie te, które możemy podziwiać już teraz. Róże mchowe już wkrótce będą odgrywać główną rolę w ogrodnictwie". Jakże przewidujące były jego słowa, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku liczba odmian tej grupy została podwojona do blisko stu. Wśród nich wiele jest autorstwa Jeana Laffay i zapewne byłoby ich jeszcze więcej, gdyby nie jego tajemnicza decyzja o opuszczeniu Francji i przeprowadzeniu się w 1859 roku do Kouba w Algierii, gdzie mieszkał przez kolejne blisko 20 lat. Do Francji wrócił w 1877, zmarł rok później w Cannes, gdzie też został pochowany.
Róża "Capitaine John Ingram" została przedstawiona w 1854 roku, w moim ogrodzie...

   Czy zachwyciła od razu rynek, to trudno dzisiaj jednoznacznie stwierdzić. Wydaje się, że było to dobre przyjęcie, pozwalające na rozpropagowanie odmiany po całym Starym Kontynencie. Jej szczególną wartość doceniono zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, której chłodniejszy klimat wspaniale tej róży zawsze służył. Nie straszne są tam nawet jej deszcze latem, nie obsypują płatków i nie powodują chorób grzybowych liści. Angielska jest też nazwa odmiany, choć encyklopedycznie poprawną jest ta pisana z francuska, a odnosząca się do stopnia wojskowego capitaine. W oryginale przy imieniu i nazwisku John Ingram było oczywiście captain, bo i jak pisze o tym Brent C. Dickerson w The Old Rose Adventurer, był on kapitanem regimentu kawalerii (Horse Guards) w służbie Jej Królewskiej Mości (Her Majesty). Nie jest on znaną postacią, nie na tyle aby zapisała się ona w annałach historii. Stąd też trudno powiedzieć jakimi powodami mógł kierować się Jean Laffay przy takiej dedykacji. Na pewno często podróżował do Anglii, miał tam wielu znajomych pośród ogrodników i hodowców. Może ta nazwa to w dowód wdzięczności za otrzymany materiał szkółkarski? Tylko dlaczego francuski stopień przy angielskim nazwisku? Co do samego wspomnianego regimentu, to The 1st (His Majesty's Own) Troop of Horse Guards został utworzony przez zwolenników zdetronizowanego Karola II Stuarta, w 1658 roku. W 1788 został przeformowany w The 1st Regiment of Life Guards. Wydaje się zatem, jeśli przyjąć dokładnie informację przedstawioną przez pana Dickersona, że w tamtych czasach trzeba by szukać naszego tytułowego bohatera. Raczej nie za panowania Królowej Wiktorii władającej Wielką Brytanią w latach 1837-1901, ponieważ to znacznie później niż sięgają tradycje Horse Guards. Pochodzenie róży podobnie jest mało znane, choć można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że jest to wyselekcjonowana siewka, jedna z tysięcy jakie przychodziły na świat każdego roku w szkółce Laffay.
   Zafrapowany kwestiami związanymi z nazwą, postanowiłem zasięgnąć informacji u źródła, czyli zapytać Pana Brenta C. Dickersona, z którym korespondowałem m.in. mając problem z oznaczeniem róży "Sydonie". Odpowiedź dostała mi się jak zawsze bardzo interesująca, z mnóstwem faktów. Jak pisze Pan Dickerson, on również poza stopniem, imieniem i nazwiskiem, nie znalazł innych faktów. Jego przypuszczenia, to służba kapitana Johna Ingrama w ochronie królowej, być może zanim jeszcze ta zasiadła na tronie i ze względów bezpieczeństwa mogła nie być upubliczniana. Przeglądając gazety angielskie (dostępne mi wersje elektroniczne) z XVIII i XIX wieku, znalazłem interesująca informację pochodzącą z 8 sierpnia 1810 roku, publikacja w Kentish Gazette. Możemy tu przeczytać o uhonorowaniu kapitana Johna Ingrama, wspaniałą paterą w dowód szacunku i wdzięczności za pełne poświęcenia pełnienie obowiązków dowódcy Staindrop Volunteer Cavalry. Jak doczytałem w innym miejscu, była to formacja ochotniczej kawalerii w hrabstwie Durham (Anglia), dowodzoną przez kapitana Johna Ingrama w latach 1798-1815. Zatem są wiadome pierwsze ustalenia...
   Co do wyboru angielskiej postaci przez francuskiego hodowcę, to Pan Dickerson odpowiada, że wytłumaczenie jest proste. Jean Laffay był swego rodzaju anglofilem, sądząc po nazwach innych jego róż – "Lord John Russell", "Lady Fordwich", "Lady Alice Peel" i inne. Było to niewątpliwie uhonorowanie angielskich ogrodników. Natomiast, skąd ta sympatii do Anglii to trudno powiedzieć, byc może z powodów osobistych
. Historia Francji i Anglii pełna jest konfliktów i wojen, stąd też te nacje raczej się nie lubią. Choć jest też tak jak było to z Jean-Pierre Vibertem, wybitnym hodowcą róż. Darzył on sympatią niektórych Anglików, ale jako narodowi nie był w stanie zapomnieć i wybaczyć pokonania Napoleona, któremu to dzielnie służył.
   W dalszej części odpowiedzi, Pan Dickerson pisze o używaniu tytułów szlacheckich, arystokratycznych czy jak w tym przypadku stopnia wojskowego, przy nazwiskach osób uhonorowanych różami. Chociaż istnieje wiele wyjątków, to najczęściej w innych krajach używano dokładnie tej samej nazwy co w ojczystej ziemi róży, tam gdzie została wyhodowana/wprowadzona. Czyli mieliśmy "Duchess" róże w Anglii, ale też w Hiszpanii czy Włoszech i podobnie francuskie "Reine" Portugalii czy Niemczech. W tym konkretnym przypadku Laffay mógł czuć, że termin capitaine jest wymogiem, który musi zostać użyty we Francji, aby był zrozumiały na rynku i akceptowany.
"Capitaine John Ingram" w moim ogrodzie...


  Jak wspomniałem już, róża zdecydowanie lepiej spisuje się w klimatach i na stanowiskach chłodnych. W takich warunkach kwiaty powinny być szkarłatne i nacechowane głęboką purpurą, przy jednocześnie jaśniejszych spodach. W dni upalne i na stanowiskach w pełnym słońcu, kolory bledną stając się mauve, tj. fiołkowo-różowawe, a płatki nabywają skłonność do skręcania. Kształt kwiatów podwójny, ćwierćrozetowy, z często widocznym woskowanym oczkiem (button eye). Pąki i działki kielicha są mocno pokryte brązowo-czerwonawym omszeniem, które widoczne jest również na szczecinie i kolcach. Podobnie kolorystycznie potrafią też obrzeża małych, ciemnozielonych liści, ale to nie jest regułą....
Kwiaty są wprawdzie małe, ale pojawiają się dość licznie i są trwałe. Niektórzy z uprawiających twierdzą, że starsze krzewy mają zdolność do skąpego kwitnienia jesienią. Ich mocny zapach wydaje się być słodki, ale też i ostry, korzenny. Witalność krzewów dobra, pokrój wyprostowany i zwarty, wypełniony pędami i liśćmi. Źródła kanadyjskie ( m.in. The Montreal Botanical Garden) podkreślają dużą odporność odmiany na czarną plamistość, mączniaka i rdzę róż, a co też mogę potwierdzić moimi obserwacjami z uprawy. Wydaje się, że kluczowym tu jest dobranie niezbyt słonecznego stanowiska czy też cieniowanie przez wyższe krzewy i drzewa. Mrozoodporność pędów w klimacie Mazowsza więcej niż zadowalająca. Kopcuję i okrywam jeszcze czteroletnie krzewy, ale myślę, że u starszych będzie te zabiegi można znacznie ograniczyć...

  Podsumowując, "Capitaine John Ingram" to zdecydowanie jedna z solidniejszych pozycji w gronie nie tylko róż mchowych, ale i historycznych. Wspaniała w wyszukanym kolorze i zapachu kwiatów, niewymagająca co do klimatu i stanowiska, kompaktowa, o ponadprzeciętnej odporności na choroby i mróz. Czego można wymagać więcej od róży?




Komentarze (3)

  • Marek Moch

    Myślałem długo o tej róży, ale z braku miejsca musiałem zrezygnować. Podobno jest Bardzo odporna na choroby, choć na innej stronie znalazłem odmienną informację. Wydaje się, że kwiaty ma podobne do Charles de Mills. Różni się tylko - aż tymi cudownymi mchami, włoskami, szczecinkami :)

  • Ja skłaniam się do opinii, że ta róża nie zapada na choroby liści, a to i ze względu na ich doskonałą fakturę. Nie sprawia też innych większych problemów w uprawie. W kwiatach różni się zdecydowanie od "Charles de Mills", której to kwiaty są blisko dwukrotnie większe i nie tak mocno wypełnione płatkami. Omszenie jest tutaj niezwykle misterne, podobnie jak i same kwiaty. Zdecydowanie polecam w uprawie.
    Pozdrawiam :)

  • Marek Moch

    Jest przepiękna... Ale jak wiedzą doświadczeni rosomanes, róż nie wolno upychać na siłę na rabacie. Gdy więc mało miejsca, trzeba wybrać, rezygnować z niektórych. Ale mimo to... aaach jaka ona piękna.

Dodaj komentarz